Error message here!

Error message here!

Zapomniałeś/aś hasła?

Error message here!

Error message here!

Error message here!

Error message here!

Zapomniałeś/aś hasła? Podaj swój adres e-mail.
Otrzymasz link, dzięki któremu zresetujesz hasło.

Error message here!

Powrót do logowania

Close

Twórczość użytkowników

Moja praca

Dymią fabryczne kominy
Miasto się budzi we mgle
Ludzie się spieszą do pracy
A ja mam to w dupie, ja śpię

Autor: Wojtek


Widz

Deista ucieka od formy
Brak przynależności
Zniekształcony kontakt
Ktoś pyta Nikt nie odpowiada

Znudzony w teatrze
Patrzy czy sztuka
Boskiego spektaklu
Nie rozgrywa się w nim

Autor: DataHunter


Kawiarniany

Sączę czarny napój
Kropla po ściance
Spływa

Czarny napój
Energetyczny
Pełen czekoladowej
Słodyczy

Sączę czarny napój
Ktoś przysiada
Rozmawia
Odchodzi

Sączę i nie wiem
O co w tym wszystkim
Chodzi

Autor: DataHunter


Bycza satyra

Jakiś czas temu, w prowincji małej
Dwa byczki siedziały na łące ich całej.
Jeden ciągle gdzieś znikał.
Wracał zmęczony o późnych godzinach.
Drugi w tym czasie pochłonięty konsumpcją,
Dyrygował zwierzętom i obnosił się swoją funkcją.

Razu pewnego, z brzuchem pełnym trawy,
Zasnął przy płocie dla dobra sprawy.
Narzekał w myślach na trawy delikatność,
Chciałby mieć lepszą, od tak – jakoś.

Śniły mu się historie niestworzone:
Byk na polu ciągną posłusznie chłopską bronę!
Ruszył w te pędy, na widok zdarzeń,
Aby potwierdzić prawdziwość swych sennych marzeń.

Dotarwszy do zagrody chwycił się za rogi-
Tak ze strachu, z trwogi!
Zagonili go do auta,
A później do rzeźni.

W tym czasie pierwszy byczek, bez ukrywanej radości,
Zajadał na pastwisku trawę pierwszej jakości...

Autor: DataHunter


Znalezione

Nimfo w białej sukni
Spod twego kapelusza
Spójrz mi w oczy głęboko
Szukam cię

Pragnę znaleźć coś więcej
Niż namiastkę
W czarno-białej
Fotografii

Autor: Wiosenki


Jeździec

Była ciepła wiosenna pogoda, między wysokimi, iglastymi drzewami hulał ciepły wiaterek, który rozwiewał włosy jeźdźca sięgające do ramion. Jechał spokojnie na swoim brązowym, smukłym koniu.
- już niedaleko Klara.
Powiedział jeździec do swojego konia, którego tak nazwał.
-Niebawem powinniśmy my wyjechać wprost na wioskę, osadę a może na gród. Ty dostaniesz owies i ciepłą stajnie a ja piwo i coś do jedzenia. Kto wie może jakaś chętna dziewka się trafi? Jeździec wyjechał z lasu wprost na drogę, często uczęszczaną, świadczyły o tym koleiny oraz resztki jedzenia. Jeździec ruszył wzdłuż drogi tak jak przewidywał wyjechał wprost na osadę, którą okalał drewniana palisada i nie wielkiej wysokość drewniana brama wjazdowa z opuszczaną żelazną bramą. Nie opodal stał zajazd, na szyldzie było napisane „ Pod Bramą Wjazdową”
Jeździec podjechał pod bramę, był pewien, że o tej porze bramą będzie zamknięta, nie mylił się. Mimo usilnych krzyków i nawoływań żaden ze strażników nie wyszedł. Trudno się dziwić, był środek nocy a prawo zakazywało wpuszczania kogokolwiek po zmroku. Zrezygnowany podróżny zawrócił swojego konia i skierował się ku karczmie. Jeździec zawołał chłopaka, który kręcił się nie daleko. - dam ci 3 dukaty, jeżeli zajmiesz się moim koniem jak należy, zgoda?
Chłopiec głupkowato popatrzył na jeźdźca i na jego konia.
- natychmiast panie, co rozkażesz.
Chłopiec zaprowadził konia do stajni natomiast podróżny wszedł do oberży. W zajeździe było pełno dymu a w powietrzu unosił się zapach pieczonej dziczyzny. W środku znajdowało się kilkunastu gości, 3 kupców ubranych skromnie niezbyt wyzywająco, 2 kobiety, które obsługiwały gości, jedna była pulchna a druga szczupła wręcz do przesady, jeden rycerz ze herbem na piersi, który nie krył się ze swoim stanem społecznym i czterech mnichów w podróżnych habitach. W samym końcu sali, ledwo zauważalni siedzieli trzej mężczyźni, co jakiś czas spoglądając na nowego gościa. Jeden z nich, najpewniej przywódca był gruby a głowę miał ogoloną, był ubrany w czerwony kubrak nabijany srebrnymi guzami, za pasem miał dość sporej wielkości buzdygan. Dwaj pozostali byli ubrani skromnie a przy boku mieli zwykłe brzeszczoty.
Przyjezdny nie zwracając na nich uwagi podszedł do gospodarza zajazdu.
- Co podać ?
Zapytał natychmiast mężczyzna za ladą.
- piwo.
Odparł krótko i treściwie nowy gość.
- O które otwierają bramę wjazdową ?
Spytał ponownie gość.
- Dopiero o świcie, wraz z pierwszym pianiem kura.
Odpowiedział gospodarz nalewając jasnego piwa do glinianego kufla.
- Znajdę u was pokój ?
Właściciel przyglądał mu się przez chwilę w końcu odpowiedział. Mężczyzna stojący na wprost niego był ubrany w prosty, czarny płaszcz. Na plecach miał skurzoną pelerynę. Buty wysokie, sięgające kolan również były brudne. Za pasem miał jedynie sztylet i miecz.
- Pokój i owszem znajdzie się, ale to kosztuje. Dla ciebie 10 dukatów, normalnie biorę 15.
- Biorę.
Odpowiedział przyjezdny bez chwili zwłoki.
- I tak nic innego w okolicy nie znajdę, a do świtu jeszcze daleko.
- Obawiam się, że masz rację, bramę nie prędko otworzą a w okolicy innej karczmy nie znajdziesz.
Potwierdził karczmarz.
Nowo przyjezdny wziął ze sobą piwo i usiadł w rogu przestronnej sali skąd był dobry widok na resztę gość.
W pewnym momencie otworzyły się drzwi, do środka weszła zakapturzona postać. Była ubrana w gruby, ciepły kożuch sięgający bioder, miała na sobie czarne, skórzane spodnie a na noga również czarne, wysokie sięgające kolan buty na wysokim obcasie. W wokół bioder miała zawieszony szeroki, skórzany – oczywiście czarny – pas ze słota klamra. Do złotego łańcuszka przypięta była mizerykordia. Kobieta zdjęła kaptur z, pod których ukazały się blond włosy sięgające ramion. Miała zimne, błękitne oczy. Na oko mogła mieć maksymalnie 20 lat.
W sali nagle zawrzało, najgłośniejsi byli mężczyźni w samym końcu sali. Kobieta zdecydowanym krokiem ruszała w kierunku gospodarza pod drodze rozpinając kożuch odsłaniając biała, bawełnianą koszulę, której dekolt był sporych rozmiarów.
- Co podać panience ?
Zapytał karczmarz z zadowoloną miną.
- Znajdzie się u was wino ?
Spytała kobieta. Delikatnym, aksamitnym głosem.
- Pani wybaczy - zająknął się gospodarz - ale ma jedynie jasne piwo. Wino już dawno się skończyło. Zresztą i tak nikt tutaj go nie pije.
- Trudno.
Wzruszyła ramiona kobieta.
- W takim razie niech będzie piwo. A i wezmę ciepła izbę na jedna noc.
- Jak pani sobie życzy.
Karczmarz klasną w dłonie, podbiegła jedna z obsługujących dziewcząt, wydał polecenie, dziewczyna natychmiast pobiegła na górę.
Kobieta o błękitnych oczach wzięła ze sobą piwo i udała się do najbliższego stolika. Przywódca bandy siedzącej w głębi, staną, wciągnął swój gruby brzuch najbardziej jak tylko mógł. Wypił łyk piwa na odwagę a następnie zaszedł drogę kobiecie o zimny, błękitnych oczach.
- Czy jaśnie pani nie potrzebuje może towarzystwa ?
Odezwał się grubas, uśmiechając się przy tym obleśnie. Z jego ust wydobywał się smród piwa, czosnku i cebuli.
Kobieta przyglądała mu się w milczeniu przez krótki czas, później kątem oka spojrzała na jego kompanie.
- Nie, dziękuje waszmościom, ale nie potrzebuje towarzystwa, a ni pana, a ni waszej kompani.
Odpowiedziała najsympatyczniej jak tylko mogła.
- Kobieta pani urody nie powinna samemu i bez eskorty przebywać, zwłaszcza w takich miejscach jak to gdzie roi się od zbójców, gwałcicieli i innego tałatajstwa.
- Dziękuje waszmości za cenną radę, ale mimo to i tak nie skorzystam, umiem o siebie zadbać.
- Nie wątpię szlachetna pani. Ale uprzedzam, samotna i bezbronna kobieta stanowi łatwy cel dla mężczyzn. Oni tylko czekają na taką okazję.
- Jeszcze raz dziękuje za pańską pomoc i za rady dla mnie. Ale tak jak już wcześniej powiedziałam, potrafię o siebie zadbać i nie potrzebuje nikogo do towarzystwa. A teraz, jeśli pan raczy wybaczyć, chciałabym usiąść przy stoliku i wypić swoje piwo, a następnie pójść do swojego pokoju na górze, gdzie czeka na mnie balia z ciepłą wodą.
Przywódca bandy ani myślał tak łatwo się poddać, postanowił jeszcze raz spróbować swoich sił.
- Szlachetna pani, prosimy się do nas przyłączyć.
- Ogłuchłeś czy jak jak, nie życzę sobie waszego towarzystwa, a teraz zejdź mi z drogi.
Mężczyzna nadal stał jak dąb, nagle chwycił ją za ramię, mocno i stanowczo.
- Puść mnie to boli.
- Bo ci mi zrobisz paniusiu ?
- Puść ją !
Odezwał się nie wiadomo skąd głos mężczyzny, który przez cały ten czas siedział w rogu sali.
- Zamknij się i wracaj na swoje miejsce, to nie twoja sprawa.
Grubas szarpnął kobietę za rękę, przyciągając ją do siebie.
- To jak będzie, przyłączysz się do nas czy nie ?
- Puść tą pani, powiedziała, że nie życzy sobie ani twojej ani twojej kompani towarzystwa.
- A ty co, głuchy czy głupi jesteś, he ? Zjeżdżaj stąd.
- Dam wam dwie możliwość, puścicie ją wolno i każdy z nas pójdzie w swoją stronę.
- A ta druga możliwość ?
- Ty zginiesz, jako pierwszy, później twoi ludzie. Powiem że była to walka w obronie własnej, Karczmarz potwierdził, prawda gospodarzu ?
- Prawda.
Zgodził się właściciel zajazdu.
Grubas pchnął dziewczynę na bok, dobywając swój buzdygany.
Mężczyzna w mgnieniu oka dobył swój miecz, stanęli na wprost siebie. Grubas zaatakował pierwszy, atakował z ukosa swoim orężem przecinając gęste powietrze, mężczyzna zgrabnie unikał ataków, wreszcie bronie zgrzytnęły o siebie, w tym momencie mężczyzna z całej siły uderzył grubasa prosto w nos swoją pięścią.
Grubas upadł na ziemię łapiąc się na nos, z którego spływała krew kapiąc na podłogę.
- To wasza ostatnia szansa. Wynoście się stąd.
Grubas popatrzył na niego klękając na jedno kolano jednocześnie trzymając się za krwawiący nos.
Wstał powoli, nadal w ręce trzymał buzdygant. Zamachnął się. Nie potrzebnie, mężczyzna finezyjnie i bez większego problemu uniknął ciosu, jednocześnie w tym samym momencie ciął swojego przeciwnika prosto w brzuch.
Grubas najpierw upadł na kolana, później spojrzał na swój zakrwawiony kubrak, później na coraz większą kałużę krwi, która w wokół niego powstawała.
W reszcie padł jak długi, upuszczając swoją broń.
Jego konfratrzy przez krótki czas patrzyli jak ich dowódca pada na podłogę. Nie zastanawiając się dłużej wzięli swój dobytek i natychmiast wybiegli z izby.
Kobieta w stanęła, otrzepała się z kurzu, spojrzała na mężczyznę, który w tym czasie chował swój miecz do pochwy.
- Dziękuje za pomoc, gdyby nie ty nie wiadomo jak by się to skończyło.
- Nie ma, za co, dla mnie to żaden problem.
- Jak ci na imię ?
- Jakub
Kobieta delikatnym ruchem warg uśmiechnęła się.
- Gdzie się tak nauczyłeś walczyć ?
- Służyłem u króla Karola, w jego osobistej straży.
- Co się stało że wylądowałeś aż tutaj ? - Król miał piękną córkę imieniem Izabelę.
- Co noc zakradałem się do jej łoża aż w końcu nas nakryto. Ją wysłano do klasztoru, a mnie wychłostano i wyrzucono ze straży. Teraz jeżdżę od miasta do miasta i szukam roboty. A co ciebie pani sprowadza do tego obskurnego miasta ?
- Dokładnie to samo, co ciebie, również szukam pracy, w moim fachu ciężko o stały dach na głową.
- Czym się zajmujesz ? Jeśli pozwolisz spytać.
- Pozwolę, leczę choroby, odczyniam uroki czasami je przywołuje, generalnie robię wszystko to, za co ludzie mi zapłacą.
- Jesteś guślarką, czarownicą czy wiedźmą ?
Spytał mężczyzna z ociąganiem oglądając się na boki czy nikt ich czasem nie podsłuchuje.
- Nazywaj to jak chcesz. Pomagam ludziom w miarę swoich możliwości.
- jak masz na imię ?
- Yennefer

Autor: Gość


Na końcu pióra i istnienia

Drogi przyjacielu,

Zakończenie sznurka
szczurka, na koniec
pustka mego okręgu

Buszuję w zbożu jak gryzonie
- małe, wredne stworki
chrupiące w pszenicy złota

Odpadam łuską z kłosa
na ziemie, umierając
słońce spaliło doszczętnie mnie

Odwieczna Buntowniczka
Ps. Zegnaj świecie
na zawsze. Koniec

Autor: BlackVanity


24

cztery ściany samotności
w cztery strony zapomnienia
cztery szczeble na szczyt dachu
dwadzieścia metrów w dół

dwadzieścia argumentów za
tylko cztery przeciw
dwadzieścia sekund na wspinaczkę
cztery lotem ptaka

ich dwudziestu za sosnową skrzynką
czterem trochę smutno

ja, człowiek, człowiekiem byłem
dwadzieścia cztery godziny na dzień
dwadzieścia cztery lata
Autor: aniakonda


Dream

Ludzie znikają
Na kanale snów
Gdzie skupuję
Nienapisane wiersze
Próbując w lustrze
Dojrzeć swoją przeszłość

Wspomnienia blakną
Odchodzą
Na zawsze
Z upływem czasu
O świcie
Wśród słonecznych promieni

(Reszta jest bez znaczenia)
Autor: Nimmo


Są na świecie ludzie, którzy mają serca,
lubią psom pomagać, pomoc ich podnieca.

Są na świecie ludzie, którzy mają kamień,
przysparzają też psom co chwila utrapień.
Matkę kopną z buta, bo im się znudziła,
potrącą małego, co go urodziła!
Wyrzucą je z domu, bo nie chcą kłopotu,
niechże się utopią albo umrą z głodu.

Teraz się kuruje, może wyzdrowieje,
będzie wciąż pamiętać tamte stare dzieje.
Jak go człowiek skrzywdził, nigdy nie zapomni,
w jakiejś gorszej chwili, ktoś mu to przypomni...

Autor: Aska


Nie mam złudzeń

Nie pójdziesz ze mną na barykady
Nie staniemy razem ramię w ramię
Noga w nogę, brzuch w brzuch
Tkanka przy tkance

Nie pójdziesz ze mną na barykady
Nie będziesz bronił moich marzeń
Przed granatami codzienności
Noc w noc




Autor: Leila


Chłopiec z różą

Nikt nie chciał przyjąć
w hojnym darze kwiatuszka.
Dobro nie wzrosło.

Autor: Tomek Socha


RÓŻOWE OKULARY cz. 1

    Mówią, że jestem młody, ale czuję się staro, podobno przystojny, ale kiedy widzę w lustrze twarz — patrzenie na nią boli, rozrywa gdzieś od środka. Ból psychiczny można zabić jedynie fizycznym – naciąć lekko skórę żyletką, posypać solą — nic tak nie zabije bólu skrajnych emocji, jak właśnie ten ran cielesnych. Zasypiam, płytko, krótko, budząc się często, czuwam gotowy do zrywu. Może gdybym urodził się wcześniej albo później, jak mój brat Damian, może gdybym wiedział, kim jestem, wtedy byłoby łatwiej, może by tak nie bolało...
  Mam 21 lat. Nazywam się Rafał Działo. Jedni, kiedy to słyszą, szydzą ze mnie, inni z powagą, acz lekkim niedowierzaniem podają rękę. A przecież ja tego nazwiska nie wybrałem! Nawet imienia, chociaż daje siłę, szczególnie kiedy jest wypowiadane pieszczotliwie z pełnią miłości w głosie, którą powinienem czuć jako szczerą. To od niedawna. Do tego czasu byłem Rafałem, który bał się, nie miał prawa zasnąć, był skazany na czuwanie. Który każdego dnia udowadniał, że jest wartością samą w sobie, jest czymś więcej niż workiem treningowym.
Nie można kochać, a jednocześnie tak nienawidzić! A jeśli to jest możliwe, to zaczynam rozumieć termin "toksyczna relacja”, o którym czytam w pismach psychologicznych, ale czy można być aż tak toksycznym dla własnego dziecka?
Boję się... teraz ja będę toksyczny w swojej relacji partnerskiej. Użyję nabytej w domu destrukcji — nie będę bił, zabiję słowem.
  Ja, Rafał, syn Mariana, lat 43 - trep wojskowy w randze pułkownika i Alicji, lat 39 z domu Marczak, z zawodu kura domowa, uległa, całkowicie podporządkowana i posłuszna władzy w mundurze. Ja, w różowych okularach, które od 13 roku życia chronią mnie przed obłędem, dają pozorowaną wolność, ucieczkę przed oprawcą, ale i prowokują oprawcę do bycia większym zbrodniarzem. Iluzja i ucieczka nie są bytem stałym, jedynie emanacją zbrodniarza, który dzierży mój byt w swoich łapskach. Czy mogę być ponadto i czekać na łaskę Pana? Czy to będzie mój własny, wybrany przeze mnie los? Czym będzie owo uwolnienie, śmiercią, czy może życiem pełnym radości i prawdy. Wkurwiają mnie te frazesy o szczęściu, radości i prawdzie.
Maciek namówił mnie do pisania o sobie. Podobno mam zdolności literackie. Serio...? Domyślam się, że tym sposobem wymusza na mnie efekt terapeutyczny, nabazgram parę bzdur, parę nic nieznaczących frazesów, parę zdań, które zakręcą łzę nie jednej piździe w oku, która może, gdzieś to przeczyta na jakimś blogu, litując się: Boże, jaki biedny chłopak. W dupie mam litość, to musi być jasne! Nie ma litości dla takich jak ja, niszczących siebie, ale co gorsza, niszczących to, co z takim trudem zdołali zbudować. A zresztą, co ja takiego zbudowałem. Wszystko, co mam, zawdzięczam Maćkowi. Swoją drogą, facet ma anielską cierpliwość, która powinna być nagrodzona ułaskawieniem. Maćka poznałem, kiedy mieliśmy po 13 lat. Razem w ławie gimnazjalnej, potem w licealnej, ale relacje partnerskie przybrały na znaczeniu intymnym dopiero po kilku latach przyjaźni.
  Gimnazjum to czas mojego buntu złości, agresji, targały mną myśli o skończeniu ze sobą. Te fantazje — zakatuje mnie na śmierć, kiedy w nocy wyrywał ze snu, ciągnąc za włosy, wlokąc ciało po podłodze, a potem zaczynał kopać. Nie krzyczałem, nie jęczałem – bez łez, patrzyłem prosto w jego psychopatyczne ślepia. Warczałem głosem demona. - Napierdalaj! Nie żałuj sobie! - wtedy przestawał. Intuicja przetrwania? Kiedy nie ulegasz psychopacie – obnażasz go. Piana leciała mu z ryja. Wyzywał mnie od ciot, pedałów, cwelów i lachociągów. Czy to były jego fantazje, pragnienia? Miałem wrażenie, że woli mnie zabić, niż miałby uświadomić sobie swoje własne potrzeby. Poobijany wracałem do łózka, słysząc z tyłu głowy słowa matki: - "Mam nadzieję synku, że już więcej nie popełnisz tego błędu i nie sprowokujesz taty”. - Sprowokujesz taty... Ja pierdole! Musiałbym przestać oddychać, wtedy z lubością zgasiłby kolejnego peta na mojej dłoni – taki psychopatyczny rodzaj resuscytacji – kiedy serce jest na pograniczu aktywności, lekarze dokonują iniekcji epinefryny, która powoduje natychmiastowe przyspieszenie akcji, wzrost ciśnienia tętniczego, rozszerzenie oskrzeli, a także źrenic – to wszystko powoduje, że wracasz z krawędzi życia i śmierci... do życia. Ten sam efekt osiągał, gasząc peta na mojej dłoni, czasem klatce piersiowej.
  Pomimo tak wielu, to wszystkie pamiętam — każdą sekundę, każdy kopniak, policzek, uderzenie, ból, każdy siniak, uczucie stłamszenia, sponiewierania, wyklęcia, przeklęcia. Każdy jego krzyk, zamach nogi do skopania, każdy mars na jego twarzy. Każde przekleństwo, wyzwiska huczą w mojej głowie jak fantazja o rozbijanym talerzu o posadzkę podłogi przez matkę w proteście i obronie poniewieranego syna – "...bękarcie, łachmyto, jebany debilu, koniobijco z małym chujem...” – to tylko fantazja, tylko fantazja – skończyła wycierać talerz ścierą, odłożyła na półkę, wykonywała tę czynność z takim samym namaszczeniem i niewzruszeniem, jak delektowanie się kawą w jadalnym przy czytaniu artykułu o wydarzeniach z Bliskiego Wschodu, które wzbudzają w niej takie samo zainteresowanie, co zeszłoroczny śnieg na trawniku przed blokiem.
Ja jestem śniegiem, który coraz szybciej topnieje, mając świadomość, że tego procesu nie da się zatrzymać. Czuję, że odchodzę, powoli osuwam się w otchłań czerni, a gdy wejdę tam, odwrotu nie będzie i gdyby wtedy, jakimś cudem, obudziła się i rozbiła ten cholerny talerz o posadzkę, to byłoby za późno. Czy to możliwe, że to są moi biologiczni rodzice, biologiczna matka, która nie broniła własnego syna przed mężem psychopatą? Chciałbym, żeby okazali się kimś obcym, wtedy mógłbym to łatwiej zrozumieć, łatwiej poukładać w swojej łepetynie. Poszukać prawdziwych rodziców i dać im szansę pokochania mnie.
  Kiedy kocham jest dla mnie Maćko, Maciusiem, Misiem, Niuńkiem, a kiedy nienawidzę,  jest lustrem, w którym dostrzegam odbicie swojego oprawcy, ale to ja dzierżę narzędzie zbrodni w głowie. Nie biję, nie kopię, nie wyzywam, ale upokarzam oziębłością, odrzuceniem, fochem, nienawistnym spojrzeniem. Zabijam słowem, które oddala mnie od mojej miłości, tej wymarzonej i wytęsknionej z ławy gimnazjalnej. Jego upór i mądrość zatrzymują mnie w swoistym tańcu z zimnym emocjonalnie tasakiem, którym jest moje ciało, zimne jak trup i nieprzystępne jak jadowity wąż. Każda próba zbliżenia grozi śmiertelnym ukąszeniem. Jestem wtedy nim, swoim ojcem. Odtwarzam to, co znam z autopsji popieprzonego dzieciństwa — tak bardzo kocham, że aż muszę "zabić”.
  Maciej wzbudza mój podziw. Gdybym był na jego miejscu, nie udźwignąłbym tej patologii nawet przez jeden tydzień, kiedy on już trwa przy mnie parę dobrych lat — wcześniej jako kumpel i przyjaciel, a teraz jako partner, mimo wszystko kocha i szanuje. A jednak nie potrafię tego docenić. Otrzymałem od losu coś, o czym inni mogą tylko marzyć. O czym mogą czytać w tanich romansidłach za grosze z moherowych dyskontów – Ja... mam to każdego dnia, każdego poranka z zapachem kawy, kiedy Maćko wstaje o siódmej, biegnie do kibelka, włącza ten miałki program informacyjny: "Wstajesz i ssiesz”, wlewa wodę do czajnika, pstryk – 2000 Watów wyżera prąd, jak mój ojciec moją witalną, młodzieńczą radość i siłę – rzuca w przestrzeń budzącego się dnia naszego M-4 beztroskie: Misiek! Kawa? - Tak, kawa... - Odpowiadam z poranną deprechą, ociężale, niewyspanym, zachrypniętym głosem.
Często złoszczę się na to, że nie potrafię docenić piękna budzącego się dnia. Często, przekornie piję czarną herbatę z cytryną. Może dlatego, że nigdy nie pamięta o ich kupieniu, wtedy mam powód do ataku Biedak, wytresowałem go jak psa, który idąc na spacer, pamięta o szacunku dla swojego pana.
  Nie jadamy śniadań. Czasem coś mi strzeli do głowy i zrobię owsiankę z mlekiem, brązowym cukrem, latem dorzucam garść świeżych malin lub kilka kawałków brzoskwiń. Pomimo całego swojego spierdolenia — w przeciwieństwie do Maćka, odżywiam się zdrowo. Dbam o lekką kuchnię — na obiad warzywa gotowane na parze, czasem pieczone z chudym indykiem w rękawie, kolacja maksymalnie do 19. Lekkie kanapki z razowym pieczywem posmarowane twarożkiem z jogurtem, a na nim starannie ułożone rzodkiewki, wszystko posypuję siekaną pietruszką lub koperkiem. Maciuś uśmiecha się słodko, udaje, że mu smakuje, ale przecież wiem, że najchętniej zjadłby kawał pizzy pepperoni, tudzież kebaba z pobliskiej budki za rogiem, a jeszcze lepiej kurczaki z KFC... ohyda!
  Zwlekam "stare” ciało z wyrka. Muszę wstać. Muszę wziąć prysznic, muszę się ubrać, muszę wyjść z domu, wsiąść do autobusu, spędzić w nim 45 minut, wykorzystując czas na nanoszenie poprawek do tłumaczeń, które wykonuję dla swoich stałych klientów — dzięki nim mam poczucie, że moje bytowanie z Maćkiem nadaje temu wszystkiemu jakiś egzystencjalny sens. Chociaż te parę groszy do wspólnego gara z jedzeniem, najmem mieszkania, rachunkami za wodę, prąd, gaz, kablówkę z Internetem. Rachunki, rachunki, pieprzone rachunki! Taki ma być cel mojego, młodego życia — płacenie rachunków wbrew oczekiwaniom Maćko, który uważa, że nic nie muszę robić! Jako wzorowy partner, ogarnia przecież wszystko – zarabia tyle, że wystarczy na życie, podróże i cokolwiek tam jeszcze. Tylko kim bym wtedy był? Ubogim cherubinkiem z patologicznej rodziny, który leży, pachnie, marudzi, wzniecając histeryczne wojny o byle gówno? Czasem wpadną dwa patole miesięcznie, czasem trzy – opłacam te jebane rachunki. Jestem ogarniętą patologiczną, histeryczną piczą, która zna kilka języków obcych, przecież jakoś musiała chronić się przed ciągłym lękiem na gównianym Targówku, więc nurkowałem w książki, a że podręczniki do języków obcych pochłaniały cały wolny czas, dawało to alibi, chroniło przed biciem — tak poznałem sześć języków: Angielski, niemiecki, francuski, hiszpański, włoski i rosyjski.
  Maciej to zorganizowany typ, jego rozkład dnia jest stały. Wybiła 9., pewnie siedzi przy kompie, sprawdza ilość zamówień — ma ich w cholerę, jak zwykle — jest jednym z najlepszych sprzedawców, tym, co to w Internecie wzbudzają zaufanie na pierwszy rzut zielonych komentarzy. Pakuje te chińskie gówna w bąbelkowe koperty, przed obiadem sprint na pocztę, podliczy kwity, a za trzy godziny wyśle "dumnego SMS-a” z informacją o dzisiejszych obrotach. Najmarniej 1500, średnio 2500, szampana będziemy pili przy pięciu tysiącach złotych — zdarzało się, nie rzadko.
Nie przepadam za bąbelkami. Mój osobisty kat świętował awanse tym gównem, a kiedy ojebał parę butelek, urządzał polowanie, dopieprzał się o byle gówno, a ja stałem jak to nieruchome cielę z wielkimi, przerażonymi, niebieskimi oczętami, które wiedziało i czuło, że koniec jest bliski, kat trzyma w ręku narzędzie bólu i jest tylko kwestią czasu, kiedy skończy tyradę werbalną, aby przejść do tej fizycznej, gdzie ból ciała jest tylko przerywnikiem bólu duszy – towarzysz mojego życia odkąd pamiętam.
  Podobno ładnie się uśmiecham. Wyuczyłem się tego odruchu jak małpka żonglerki w cyrku. Tak naprawdę moje wnętrze jest smutne, pełne lęku, konfliktów, sprzecznych emocji, z którymi nie potrafię dać sobie rady. Kiedy przybierają masy i podpływają pod sam czubek korka, potrafię wystrzelić jak wulkan — nic mnie nie zatrzyma – wtedy boją się mnie... jak ja, będąc niszczonym pięciolatkiem, którego katowano sznurem od żelazka po całym ciele — za nic, tylko za to, że starał się kochać, zbliżyć, przytulić, poprosić o bajkę na dobranoc.
Maciej zdecydował, że od tego roku nie rozpocznie nauki na uczelni wyższej. Kiedy zamieszkaliśmy razem — a właściwie postawił mnie przed faktem dokonanym — na drugi dzień po rozpakowaniu gratów, książek, powieszeniu jego 55 calowego Samsunga na ścianie sypialni, przy porannej kawie, oświadczył, iż zastanawia się nad odłożeniem edukacji w czasie. Osłupiałem. Nie rozumiałem. Przecież studia są cholernie ważne! Pytam: Dlaczego, skąd taki pomysł? Maciek wzruszył ramionami, mówiąc — A do czego one są mi potrzebne na ten moment? - O rzesz… - No jak do czego!
  Czuł i widział, że zaczynam się gotować, że wzbiera we mnie lawa braku akceptacji dla jego decyzji. Próbował mnie uspokoić - Ralfi, posłuchaj, ja jeszcze nie podjąłem decyzji, powiedziałem tylko, że się zastanawiam... - Dostałem wkurwu.
Nie podjąłeś decyzji? – krzyczałem — Ja ciebie znam, ta decyzja już dawno została podjęta i powiem ci więcej, ponownie nie uwzględniłeś mnie w podejmowaniu "swoich” decyzji, a wydawało się, że jesteśmy razem i że takie decyzje powinniśmy podejmować wspólnie! Widzę, że ta dyskusja nie ma sensu! Wychodzę do twojej matki ogarniać tłumaczenia dla Niemców! - Zerwałem się z krzesła, które siłą mojego podrywu straciło stabilizację i pierdolnęło oparciem o parkiet podłogi. Widziałem kątem oka, jak Maciej ruchem głowy to w prawo, to w lewo, ze wzrokiem wbitym w okno wyrażał zrezygnowanie, jakby mówił do siebie — Dlaczego, dlaczego on to robi, dlaczego odpierdala ten teatr. Ruszyłem z prędkością światła z kuchni do przedpokoju, kiedy włożyłem płaszcz, podszedł do mnie, stanął za plecami, próbował się przytulić. Zareagowałem ostro — obruszony, obkurczony, sztywny odrzuciłem go, trzasnąłem drzwiami, rzucając "cześć”. Zbiegałem po schodach tak szybko, żeby nie mógł dogonić, dopaść, próbować przepraszać, tłumaczyć, zjednywać. Kiedy wyskoczyłem jak oparzony przez drzwi klatki schodowej, kierując się do głównej ulicy na przystanek autobusowy, triumfowałem!!! Zostawiłem go – samego, osadziłem tyle winy, ile dało się pomieścić w jego emocjach. Pomimo to, że mam tę świadomość, jak on w tamtym momencie mógł się czuć w przeciwieństwie do moich triumfalnych impulsów, nie było we mnie momentu, kiedy nawet myślą mogłem zawrócić, wejść na górę i przeprosić, bo to przecież ja wiem najlepiej, czy te studia są mu potrzebne, czy powinien jeść owsiankę, a w końcu, co dla niego jest dobre, a co nie jest – on jest… moją ofiarą, a ja jego katem.
Upłynęło kilkanaście godzin, kiedy laur zwycięstwa odpłynął, mój "kat” przygasł, a do mnie dotarło, że Maćko nie do końca takie decyzje podejmuje dla siebie, zapewne chce poświęcić się zarabianiu pieniędzy, czyli de facto utrzymaniu nas obydwu na dobrym poziomie, a może właśnie to mnie wkurwia — oto Maciej — ten zaradny, zarabiający, mający kupę najlepszych pomysłów stawiający siebie na piedestale "głowy rodziny”. A ja? Ogarnięta patologia, zgodna i uległa, bez wyjścia awaryjnego, skazana na łaskę pana.
Dopiero późny wieczór uświadomił, że przecież muszę wrócić do domu, wejść do mieszkania, jakoś z nim rozmawiać. Chwyciłem za telefon.
- Jest dość późno, nie mam bladego pojęcia, o której skończę te tłumaczenia dla twojej mamy, to przyjedź po mnie o drugiej. - I co słyszę w słuchawce?
- A gdzie poproszę? - No kurwa mać...! Ja mam prosić??? Never! Mai! никогда! Moment — czy ja nie reaguje zbyt histerycznie? Przecież nie jestem ciotą! Skoro chce, żebym go poprosił, okey, będzie to miał! Telefon w dłoń — Więc okey, poproszę. - Mówię jasno i dosadnie do słuchawki swojego Note’a.
- Kochanie, więcej czułości, mniej złości, jak będziesz gotowy, to zadzwoń – usłyszałem. What the fuck…!? A może to dobrze? Może trzeba mnie utemperować, jak burą sukę — na jego miejscu dawno bym się spakował, jebnął drzwiami, zostawił kartkę na stole: "Jak się ogarniesz matole, to zadzwoń” i tyle by mnie widzieli, a tutaj facet nie dość, że ma anielską cierpliwość, to jeszcze niewygórowane wymagania – prosi jedynie o zwykłe "proszę” - no, tyle że on prosi o czułe "proszę”... nie potrafię, no przynajmniej na ten moment nie potrafię! Z drugiej strony, wracanie nocnymi do Legionowa? Jego matka nie po to użyczyła Hondę, żeby stała na parkingu pod blokiem i rdzewiała, kiedy naprawdę jest potrzebna!
- To ja bardzo proszę. – Wydusiłem z siebie jak kot srający na deszczu…
- Okey, będę. - Odpowiedział, śmiejąc się do słuchawki. Czyli jednak mnie kocha... no musi mnie kochać, inaczej ciągnąłby tę gierkę w nieskończoność, aż pewnie bym się tak zaperzył i tak mu… Ech. Dobra. Przyjedzie.
  Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście… uwielbiam te miejsca jesienią — ciut wcześniej wychodzę z naszego mieszkania w Legionowie — wysiadam dwa przystanki przed uniwerkiem, robiąc poranny spacer. Lubie zimę, wprost uwielbiam oszronione gałęzie drzew, kiedy całe miasto jest takie czyste i białe, wtulam się wtedy w Maćka, nakrywam kołdrą po sam czubek nosa i jest mi zwyczajnie dobrze, bezpiecznie. Walczę z M. o otwarte okno. Nawet zimą uwielbiam, kiedy jest lekko uchylone, tak, aby rześkie powiewy, smagały moje wynurzone stopy spod kołdry. Kiedy byłem dzieckiem, zawsze spałem przy otwartym oknie. Dzisiaj dociera do mnie, że w ten sposób prowokowałem przeziębienia — tylko wtedy mogłem liczyć na jakiekolwiek zainteresowanie z ich strony. Dzisiaj jestem takim trochę małym chłopcem dla mojego Maćko... Czy oby na pewno potrzebuje małego chłopca przy boku? Co będzie, jeśli uzna, że chciałby mieć dojrzałego emocjonalnie partnera? Odejdzie?
  Maćko wychował się w pełnej rodzinie. Jego mama to klasyczna polska businesswoman, budowała firmę latami — dzisiaj osiągnęła poziom kiedy, może odpocząć, zarządzać biznesem z każdego zakątka świata. Pani Basia to bardzo czuła i dobra kobieta. Kiedy byliśmy kumplami, często otrzymywałem od niej wsparcie. Mogłem liczyć na pomoc i dobre słowo. Nawet wtedy, kiedy w jej firmie nie było dla mnie pracy, tak ustawiała obowiązki innych, aby jakaś część przypadła mnie w udziale. Dawało to poczucie bezpieczeństwa, zawsze dodatkowe parę groszy w kieszeni.
  Od 14 roku życia utrzymuję się sam. Górna półka w lodówce była zarezerwowana dla mojego młodszego brata — Damiana. To tam były najlepsze smakołyki, prawdziwa szynka, wiejskie kiełbasy, jogurty, słodycze. Mnie nie wolno było zapuścić tam żurawia, a co dopiero cokolwiek uszczknąć z tej półki łakoci. Byłoby to pretekstem do następnych rund z katem. Na dolnej, mojej królowało światło, szron i pustka. Czasem pojawiał się kefir, jakaś bułka, a w odruchu dobrego dnia dla zwierząt, kawałek podwawelskiej, tudzież mortadela. Nie znam smaku śniadania. W szkole za zarobione u mamy Maćka pieniądze kupowałem słodką bułkę, a popołudnia i wieczory spędzałem w ich domu, gdzie czekał na mnie obiad, uśmiech, ciepło normalnej rodziny — nigdy nie dano do zrozumienia, że jestem niemile widziany, wręcz przeciwnie.
  Tato Maćko jest dość mocno zasadniczym panem, można by rzec, grubo po 40stce dystyngowanym architektem — pan Andrzej. Od kiedy pamiętam, Maciek narzekał na relacje z tatą. Mówił, że to stary zgred, który go nie zrozumie. Czas pokazał, jak bardzo się mylił. Kiedy z miśkiem dokonaliśmy zupełnie przypadkowego wyjścia z szafy, to Pan Andrzej wyciągnął pomocną dłoń. Maciek miał taki podjazdowy, wkurzający styl rozgrywania względem swoich rodziców – uświadamiałem, jak nie szanuje staruszków, uśmiechał się wtedy pod nosem, mówiąc: - Nie mieszkasz tutaj, więc nie wiesz, jak jest naprawdę. - No może i nie mieszkałem, ale spędzałem z nimi tak wiele czasu, że pewien poziom wiedzy na temat funkcjonowania rodziny Woronowiczów miałem dość mocno ugruntowany.
Pamiętam, mieliśmy wtedy po 15 lat. Jak zwykle, wieczorem u Maćka na kwadracie, kiedy jego rodzice w pokoju gościnnym oglądali film dokumentalny o środowiskach homoseksualnych w Skandynawii. Maciek nagle wstał od monitora i jak to było w jego stylu, oświadczył, że idzie się odlać, pytając przy tym, czy przynieść coś z kuchni. Zostawił uchylone drzwi. Rodzice dyskutowali po obejrzanym dokumencie. Mama dość stanowczo wyraziła swoje zdanie – pamiętam, powiedziała coś takiego, co dawało ogromne poczucie empatii dla osób homoseksualnych. Tato nie oponował, potwierdził, że ci ludzie mają prawo do własnego życia przy pełnym wsparciu każdego cywilizowanego państwa. Maciek słysząc dyskusję, wyszedł z kuchni, nieprzerwanie krocząc do swojego pokoju, niczym w biegu, rzucił zdanie: - Świetnie, że tak dobrze to rozumiecie! Ostatecznie macie dwóch synów, zawsze istnieje szansa, że któryś z nich będzie gejem... - Osłupiałem! Dlaczego on to powiedział? Czy Maciek jest gejem? Kurczę — taki promyk nadziei zawitał w mojej głowie. Kiedy zamknął drzwi od pokoju, zapytałem: – Czemu im to powiedziałeś? - Bo wkurwia mnie, kiedy udają takich akceptujących, nowoczesnych, ogarniających, a prawda jest taka, że są starymi zgredami, którzy nie rozumieją moich podstawowych potrzeb!” - Usiadł wkurzony do komputera zanurzając się na następne parę godzin w Counter Strike-a. Odłożyłem podręcznik do włoskiego, położyłem się na jego kanapie — pomyślałem o swoich — przecież oni nawet nie byliby w stanie prowadzić takiej dyskusji, a nawet gdyby, to moja riposta byłaby pretekstem do następnego mega wpierdol. Wlepiając wzrok w plecy Maćko, pomyślałem: - Chłopie, nawet nie wiesz, jakie ty masz szczęście, będąc ich synem, ile bym oddał, aby to oni widnieli w mojej metryce urodzenia. Niestety, wybiła dwudziesta, czas było wracać z przepustki na gówniany Targówek.
  Cichutko przekręciłem klucz w zamku, rozglądając się bacznie, przemknąłem do mojego pokoju, tak, aby nie być zauważonym, aby nie zadano żadnego pytania — nie było ani dobrej, ani złej odpowiedzi, każda była celem samym w sobie do zadania bólu.

Autor: TomaszZ


Ziemie Żywiołów "Gwiezdna noc"

Raqel szedł między kąpiącymi się w ciepłym słońcu drzewami, świetnie przygotowany na polowanie. Jego przyszła zdobycz z pewnością nie będzie miała żadnych szans z tak dobrze wyekwipowanym łowcą.

Polował na wenę twórczą. Jego broń stanowiło białe pióro, tarczą zaś była kartka papieru.
Nosił białe spodnie i koszulę. Czarne włosy opadały mu na plecy. Na gładkiej, jasnej twarzy błyszczały niebieskie oczy.
Spoglądał na pozłocone liście drzew. Ptaki siedzące na drzewach śpiewały swoje najsłodsze piosenki, a lekki wiatr niósł je w cztery strony świata, by na twarzy każdego namalować szeroki uśmiech. Przyjemny szum koił skołatane nerwy, a otulona mchem ziemia przekazywała energię tym, którzy choćby odwiedzili las. Kraina ta zdawała się pięknieć z każdym dniem, jednak w porównaniu z wyspą Ysanaar była jedynie małym promykiem piękna...
Minęło ledwie kilka miesięcy, odkąd wyruszył z Ysanaaru na kontynent Tristglen, by nieco rozwinąć swą artystyczną karierę.
Tam gdzie teraz przebywał młody artysta, jego ziemia była nazywana również Gwiezdną wyspą, gdyż, sam jej wygląd na mapach przypominał gwiazdę.
Raqel musiał płynąć daleko na wschód by dotrzeć na miejsce. Podróż zajęła równe trzy tygodnie, na szczęście droga morska nie tworzyła przeszkód.
Ysanaar. Wyspa złocistych lasów i przejrzystych wód i najpiękniejszych nocy, kiedy to niebo pokrywa się szatą jaśniejących gwiazd, a calutką ziemię zalewa księżycowa poświata. Mężczyzna wspominał chwile, gdy leżąc na trawie, oglądał rozmarzonym wzrokiem miliony jasnych gwiazd i podziwiał blask dwóch księżyców – koła i rogala – panujących na dwóch stronach nieba.
W całej historii Ysanaaru zapisano tylko jedną poważną wojnę, kiedy to sprzed setek lat siły nieumarłych chciały zniszczyć wszystko, co znał świat.
Śmierć i spustoszenie na długo uwięziły tę krainę w swoich sidłach, jednak w końcu udało ojczyznę artystów wyzwolono dzięki odnowieniu starożytnej cywilizacji Pasterzy Dusz, z którą później kontakt znów zanikł.
Bliskość powrotu na ojczyste ziemie wywoływał na twarzy poety i wróżbity wyraz szczerej radości. Wreszcie wróci do ukochanych miejsc, uwielbionych lasów, zaprzyjaźnionych istot... Czekała na niego jego rodzina. A rodziną było wszystko, co żyje na Księżycowej Wyspie.
Nagły biały błysk wyrwał artystę z rozmyślań...

*****

Zobaczywszy błysk, Raqel od razu ruszył w jego stronę. Przyszło mu na myśl, że to jakieś zwierze wpadło w zasadzkę tropicieli. Mężczyzna przyśpieszył kroku, chcąc pomóc biednej ofierze.
Wkrótce zauważył trzech brodatych krasnoludów trzymających w dłoniach noże. Okrążyli bezbronną kobietę.
Skorzystawszy ze swoich umiejętności z zakresu magii przemienienia, Raqel przybrał postać czarnego kruka, szybując w małym odstępie od ziemi, wybrał drzewo będące bliskim świadkiem zdarzenia i wylądował na gałęzi wyrastającej kilka centymetrów pod jego koroną.
Napastnicy mieli na sobie brudne, połatane ciuchy. Wyglądali na złodziei.
Dziewczyna leżała bezwładnie na ziemi, a krasnoludy podchodziły coraz bliżej niej, z każdym krokiem unosząc noże coraz wyżej w gotowości do ataku. Cały czas w powietrze obciążał ich szyderczy śmiech...
Raqel sfrunął na ziemię i przybrał ponownie swą właściwą postać.
Spokojnie uniósł rękę w górę, a z niej z głośnym grzmotem wyłonił się błękitny piorun.
Trzej łotrzykowie aż podskoczyli z przerażenia, a później odwrócili się w stronę maga. Roześmiali się na widok niezbyt muskularnego mężczyzny.
Bandyci ruszyli szybkim krokiem w stronę artysty, ich ruchy były gwałtowne, a oczy pełne żądzy krwi. Poeta stał się naocznym świadkiem próby popełnienia poważnego przestępstwa. Nie było wyjścia, musieli go zlikwidować.
Gdy tak pędzili w jego stronę, Raqel wyciągnął ręce z otwartymi dłońmi oraz luźno oddalonymi od siebie palcami. Jego dłonie ogarnęła szara mgiełka, po czym przyciągnął ręce do siebie a następnie pchnął lekko do przodu. Mgła gęstniała z każdą chwilą.
Gdy opadła, przed czarodziejem ukazały się trzy posągi.
Niewiasta leżała nieruchomo na twardej ziemi. Poeta zamienił w kamień jedynie tych łotrów, więc z nią wszystko powinno być w porządku...
Raqel przyklęknął przy dziewczynie. Nie mógł temu zaprzestać. Stwierdził u siebie brak wątpliwości w to, że znalazł skarb, którego pożądali artyści. Prawdziwe Piękno.
Miała długie czarne proste włosy opadające jej trochę powyżej łokci. Lekko skośne piwne oczy zdobiły śliczną buzię o ciemnej karnacji.
Czuł, jakby zobaczył co najmniej Boginię…
Wyjął z sakiewki przy pasie zwój teleportacji, który napisał dzięki swej znajomości magii. Wziął piękność w ramiona, przeczytał zawartość kartki i oboje zniknęli z lasu, pozostawiając upuszczony przez poetę zwój papieru, który swobodnie poszybował na wietrze między drzewa.

*****

Hazar był właścicielem karczmy w małym miasteczku.
Wszystkich interesowało, jak czarnoskóry młodzieniec nabył swoje bogactwo. Główną tezą było to, że być może bogacz był księciem, który zbiegł ze swego królestwa, pragnąc wieść życie zwykłego człowieka. Nigdy na świat nie wyszła informacja, z jakich powodów jest tak zamożny, zaś on sam tłumaczył, że po prostu... oszczędza.
W jednym z domków mieszczących się na osiedlu należącego również do karczmarza mieszkał Raqel.
Po szybkim powrocie z lasu poeta wszedł do małego pokoju w którym było tylko kilka mebli z ciemnego drewna, na ścianach kilka obrazów i miękkie łóżko, na którym ułożył kobietę...

*****

Czuwał przy niej i pomagał jej przez całą noc. Siedząc na łóżku obok niej i wpatrując się w nią nie czuł potrzeby snu ani jakiegokolwiek zmęczenia.

…A piękno twe jak gwiazdy świat rozjaśnia…

Powtarzał w myślach fragment wiersza dla Ameny, bo jak się dowiedział, właśnie tak miała na imię jego piękność.
Gdy powróciły jej siły, opowiedziała, jak to krasnoludowie wybiegli zza ściany drzew i zaczęli gonitwę. Uciekała, potykając się o korzenie drzew...
Jednak w końcu ją złapali, została kilka razy uderzona i padła na ziemię. Więcej nie pamiętała. Raqel wypełnił pustkę w jej umyśle.
Na pytania skąd pochodzi, dziewczyna odpowiedziała, że artysta dowie się o tym kiedy indziej, przy czym słodko się uśmiechnęła.
Odwzajemnił uśmiech.
Rozmawiali przez cały następny dzień. Kobieta zdrowiała tym szybciej, im dłużej była przy Raqelu. Nie mieli żadnych problemów ze rozumieniem siebie.

*****

Siedząc przy biurku z gładkiego drewna w swojej pracowni artystycznej, rozmyślał nad tym, jak mocno ją pokochał. Już od pierwszego wejrzenia, gdy ujrzał w lesie bezwładnie leżącą niewiastę, podjął decyzję, że odda się jej bezgranicznie. Będzie wielbił ku końcowi swych dni, dbał o nią do końca życia, tworzył z myślą o niej aż po kres świata...
I czas nadszedł, aby jej to wszystko powiedzieć, chciał to zrobić, ale nie wiedział, czy ona odwzajemnia uczucie. Przypuszczał, że ich wzajemne więzy się zacieśniają, nawet prawie to wyczuwał, ale nie był pewien… wszystko było takie zamieszane…
Musiał z nią pomówić, i on to wiedział.
W końcu podjął się wyzwania, i poszedł do niej. Serce zaczęło coraz żywiej bić. Wziąłwszy głęboki wdech, głośno wypuścił powietrze.
Wszedł pewnie, przez uchylone drzwi, spoglądając na piękną Amenę leżącą pod cienką ciemnozieloną pościelą. Na widok mężczyzny, który ją uratował, dziewczyna nie skrywała uśmiechu.
- Czuję się coraz lepiej, jeśli tak dalej pójdzie, nie będę musiała dłużej cię kłopotać – powiedziała łagodnym i przyjaznym głosem..
- niezwykłym zaszczytem jest mi ciebie gościć, pani, ucieszyłoby mnie gdybyś została jeszcze na jakiś czas, bowiem nie gościłem tu jeszcze tak pięknej kobiety. – odpowiedział.
Na twarzy Ameny pojawiły się delikatne rumieńce, a uśmiech pogłębił się, ukazawszy białe zęby.
- a były inne? – Zapytała niespodziewanie.
- Tylko przejezdne, szukające noclegów – tym razem to on się uśmiechnął – ale żadna nie dorównywała urodą, ani zewnętrzną ani wewnętrzną, tobie. – Dodał.
- Dziękuję – Zarumieniła się jeszcze bardziej i schowała część twarzy za kolanami, naszły ją dość głupie chęci ucałowania go w policzek. – Przejdziemy się?
- Ale twoje…
- Nogi są zdrowe – miłym tonem dokończyła jego wypowiedź na swój sposób.
Pomógł jej wstać.
Coś pchnęło ją naprzód. Wróżbita nie dowiedział się, że to ona z własnej woli postąpiła gwałtownie do przodu.
Wystarczyła krótka chwila i padli na łóżko.
Krótki, trwający zaledwie ułamki sekund moment i leżeli na łóżku, patrząc sobie głęboko w oczy. Wpatrując się w nią, zagubił się w pędzącym wirze myśli.
Delikatnie ucałowała go w usta.
Amena...
W chwili rozkoszy wyznali sobie miłość.
Uczucie dziewczyny rosło od chwili, gdy dowiedziała się, że dzięki Raqelowi może wciąż cieszyć się życiem, a kiedy znalazła i przeczytała wiersz artysty jej poświęcony, zrozumiała, że to wzajemna miłość
Dwa ciała stały się jednym

*****

Szli główną ścieżką ogrodową pośrodku osiedla na którym mieszkał Raqel.
Będąc jeszcze z nim w łóżku, powiedziała mu, że na nią już czas, że musi wracać do siebie. Nie bardzo mu się podobała wizja podróżującej nocą kobiety, ale ona mówiła, że wie, co robi i uwierzył jej.
Stali już w centrum ogrodu, gdzie jego rozwidlone ścieżki się spotykały. Miejsce otaczały wielobarwne oddziały kwiatów, po każdej stronie środka ogrodu stała jedna drewniana ławeczka.
Po ostatnim pocałunku, kobieta kazała mężczyźnie się odsunąć...
Popatrzyła w górę
Kilka gwiazd jakby zeszło z nieba, i zaczęło wirować wokół niej. Wymienili jeszcze kilka pożegnalnych słów, po czym nastąpił błysk.
Gdy otworzył oczy, kobiety już nie było…
Pasterze Dusz teleportowali się w taki sposób… czyżby ona…?
Raqel wkrótce wróci do Ysanaaru.
Może wtedy spotkają się ponownie.

Autor: Tomek Socha


Niebezpieczna wyprawa po imię

 

 

 

Mamo! – zawołał nastoletnia elfka wchodząc do domu. - Spakowałaś już wszystko?
- Tak, kochanie – mama odgarnęła rude kosmyki dziewczynki i pocałowała ją w czoło. – Moja dzielna córeczka – dodała.
- O ho ho, jest i nasza podróżniczka! – powiedział z uśmiechem wchodzący do kuchni elf. Był to tata elfki. - Masz dość kwitnącej pokrzywy? – spytał już poważniejszym tonem. Elfka pokiwała głową i odchyliła zamknięcie maleńkiego woreczka z zielonkawym proszkiem wewnątrz.
 - Na pewno jest już gotowa. – Stwierdziła mama, kładąc dłoń na ramieniu męża, ale jej spojrzenie w kierunku elfki mówiło: „na pewno jesteś już gotowa?”. Elfka uśmiechnęła się promiennie i przytuliła do rodziców. – Kiedy znajdę swoje imię natychmiast powrócę.
- Po miesiącu – sprostowała mama – jeśli wcześniej go nie znajdziesz.
- Na pewno znajdziesz – powiedział tata i jeszcze raz przytulił córkę.
- Pamiętaj kochanie – przypomniała mama – N I G D Y nie podchodź pod liścioloty. Wiesz, co się stało tacie? No dobrze, o tym teraz nie powiem, ale żebyś pod żadnym pozorem nie wchodziła do jakiegoś kującego zagajnika bez swetra z długim rękawem – to może prowadzić do zakażenia, a to do…..
- Kocham Cię, mamo – powiedziała pospiesznie elfka i ucałowała mamę w policzek. Nie miała ochoty ponownie słuchać o tym, co się stanie po zakażeniu, a co jeszcze później. Nie było czasu na przewracanie oczami i tłumaczenie, że ona to wszystko wie – bo oczywiście, że wie.
Jeszcze raz szybko owinęła sobie wokół szyi delikatny szal z włókien traw bardzo mocno ze sobą splecionych, poprawiła brązową sukienkę z jesiennych liści i okręciła się na pięcie, żeby popatrzeć jak zawiruje, a następnie wzbiła się w powietrze i krzyknęła:
- Kocham was!
- My ciebie też! – usłyszała z dołu.

Lecąc przybiła piątkę paru elfkom, słysząc słowa takie jak: - Trzymaj się! – Wracaj szybko! Albo – uważaj na siebie! - To ostatnie nie spodobało się rudej elfce. Odwróciła się i skrzyżowała ramiona na piersiach, ale elfka która to powiedziała nie zauważyła tego gestu. Podróżniczka również poleciała dalej.

Na granicy wioski stał elf, nieco wyższy od elfki, z zieloną czapeczką spadającą na oczy. - Cześć… - wymamrotał prawie niesłyszalnie. Na szczęście lub nie, elfka była już przyzwyczajona do takiej wymowy elfów w jej towarzystwie. Uśmiech i włosy elfki urzekały wszystkich. Nie mówiąc już o oczach.

Elf wysunął w kierunku elfki pudełeczko przewiązane żółtą wstążką. Żółty to kolor miłości elfów, ponieważ elfy nie tylko urodziły się ze śmiechu, ale też ze słońca. Elfka widząc ten podarunek prychnęła pogardliwie, ale przyjęła go, co ogromnie rozradowało Habra, bo tak nazywał się elf. Bąknął: - Uważaj na siebie…. – Elfka z najwyższym trudem zignorowała to. Nie miała ochoty pozwalać, aby ktoś zwracał jej uwagę. Wciąż z uniesioną głową elfka oddaliła się pieszo do lasu, a później leciała już wesoło nie pamiętając, że przed chwilą widziała się z chłopakiem, co było o tyle nie miłym wspomnieniem, że właśnie on kiedyś złamał jej serce. Leciała powoli, patrząc z podziwem na cuda, które może osiągnąć przyroda. Nagle stanęła jak wryta. Przed nią stało drzewo na wysokość kilkuset elfów! Nie kilkuset, na pewno więcej!

- Słońce! – krzyknęła rozdzierająco elfka. Ono zasłania mi słońce! – Już miała przemówić do dziupli w drzewie, aby drzewo nie zasłaniało słońca tak ubóstwianego przez wszystkie elfy, gdy coś ją potrąciło. Elfka zakręciła się wokół własnej osi. Już chciała zacząć się z tego śmiać, gdy nagle znowu coś śmignęło w powietrzu o wiele szybciej niż jakikolwiek elf i odepchnęło elfkę o kilka skrzydeł dalej.

- To latające liście! – krzyknęła. Czasami elfy jeździły na latających liściach razem z towarami z zagranicy. Elfka wiedziała, że liścioloty to bardzo niebezpieczne pojazdy i należy się trzymać od nich z daleka.

- Trudno. Na pewno nic się nie stanie. Tata będzie zadowolony, że leciałam jak najbliżej słońca. – pomyślała i poleciała dalej szeroką drogą. Jeśli chodzi o słońce i radość taty elfki, to w wiosce elfów panuje przesąd, że jeżeli elf będzie szedł lub leciał za daleko od słońca, jego skrzydła rozpadną się z tęsknoty za nim i elf już nigdy nie będzie mógł latać. - To byłoby okropne. – Elfka utwierdzała się w przekonaniu, że dobrze robi. Leciała więc powoli podziwiając liście, które już powoli nabierały złotoczerwonego odcieniu. Elfka nie mogła doczekać się zabawy ze spadającymi liśćmi. Właśnie dlatego tak bardzo lubiła jesień. Nagle znowu coś ją potrąciło, a z pojazdu który to zrobił dobiegły ją słowa: - Po co jeździć tak daleko po cynamon?

Podróżniczka nie zwróciła uwagi na te zrzędliwe słowa, ponieważ zabolało ją jedno ze skrzydeł, gdy pęd pojazdu przygniótł ją do ziemi. Na szczęście mogła ponownie wzlecieć w powietrze, więc poleciała nie przejmując się stanem skrzydeł.

Jeszcze kilka razy przewróciła się na skrzydła. Uważała, że kierowcy liściolotów powinni uważać, a kierowcy – że elfka. W końcu była tak obolała, że zeszła pokornie na pobocze i kuśtykając powtarzała w kółko: - Nigdy więcej…. nigdy więcej… nigdy więcej… nigdy więcej….

Zaczęło się zmierzchać, a Elfka znalazła akurat wielki dąb z rozłożystą koroną, który sprawiał wrażenie bardzo starego. Ułożyła się pod nim – oczywiście wystawiając skrzydła poza zasięg cienia korony. Gdy się obudziła, zauważyła, że przyroda obudziła się dużo wcześniej. Pierwszą więc rzeczą, którą zrobiła (oczywiście po zjedzeniu placka jabłkowego posypanego ziarnami wrzosu) było wyszeptanie do dziupli w starym dębie pytania: - Czy widział pan może przelatujące… imię? – Tak, widziałem – wyszeptał ciężkim, ale i łagodnym głosem dąb. – Niósł go chochlik w fioletowej czapce. Poszedł tędy w kierunku jagodowych krzewów. Na pewno osiedlił się tam. Ale uważaj – ostrzegło drzewo – tego chochlika pokonasz jedynie sprytem. Elfka podziękowała dębowi tak, jak tylko elfki potrafią i wyruszyła w drogę. Idąc przez jagodowe krzewy podwinęła rękawy, aby igły roślin mogły zostawić parę śladów – niech tata zobaczy, jaka była dzielna. Dla mamy nazbierała pełen woreczek granatowych owoców. Gdy wypełniła te oba zadania, zaczęła z pewną obawą wypatrywać fioletowej czapki. Fioletowa czapka sygnalizuje, że chochlik jest najlepszy w swojej rodzinie w psoceniu. Krzewy zaczęły mieć coraz mniej owoców i stały się rzadsze. Elfka coraz bardziej bała się psotnego chochlika, którego trudno podobno przechytrzyć. Czy niebezpieczeństwa, na które się naraża warte są poznania swojego imienia? - zastanowiła się.

Tata opowiadał jej, że gdy śmiech i słońce stworzyło ją, wszyscy wpatrzyli się w niebo, ponieważ zawsze stąd przychodzi imię elfki. Imię elfa natomiast – z ziemi. Gdy do nowego elfa przylatuje imię nikt nie patrzy się w niebo tylko na elfa, ponieważ wiadomo, że zaraz przyleci i to właśnie do niego. Kiedy pojawiła się nasza elfka, wszyscy spojrzeli w niebo. Jedynie mama i tata, których nie obchodziło żadne imię, wpatrywali się w swoją małą córeczkę jak urzeczeni. Jednak z nieba nic nie przyleciało. Tylko starszy wąsaty pan z wielką tuszą mówił, że zobaczył imię, i jakby jakąś rękę, która je złapała jak piłkę. Ten pan, który nazywa się Źdźbło, zawsze wszystko zmyśla i choć mówił, że w tej sprawie dałby sobie rękę uciąć, to nikt nie chciał pozbawiać tłustej rączki pana Źdźbła, więc dawali mu spokój. Może tym razem to była prawda? Może jakiś chochlik porwał imię w pół drogi, zrobił z tego psikus roku i zdobył fioletową czapkę? Elfka zaraz miała się o tym przekonać. Schowała się w pobliskich krzakach, które były tylko na tyle rzadkie, żeby można było przez nie dokładnie widzieć i wytrzeszczyła oczy. - O nie! - krzyknęła w myślach. Zobaczyła chatkę z białego marmuru z liściastym dachem i ławeczką na ganku. A na niej siedział chochlik w fioletowej czapce z rzeźbioną fajką w ręce. Elfa obmyśliła szybki plan i wyszła zza krzaków. - Dzień dobry panu! – powiedziała swoim najsłodszym głosikiem i ślicznym ruchem wytrzepując sukienkę.

- Co tu robisz, drogie dziecko? Jest tu bardzo niebezpiecznie. – Powiedział chochlik i z pewnym niepokojem przycisnął do siebie woreczek, który trzymał obok siebie.

- Teraz zbierałam jagody, ale wydaje mi się, że się trochę zgubiłam. Szukam imienia dla młodszej siostry, ponieważ wiatr był bardzo silny i zepchnął je gdzieś tu.

- Nie powinnaś tu przychodzić. Mam nadzieje, że przestrzegałaś zasad dobrego podróżnika – starałaś się nie skaleczyć, żeby nie powstało zakażenie, nie wchodzić w drogę liściolotom, nie tracić cennego czasu na oglądanie …. – chochlik wpatrywał się w elfkę, której zrobiło się strasznie wstyd. – Jak mogłam nie przestrzegać takich paru prostych zasad? – zganiła się w myślach ale na głos powiedziała:

- Ma pan racje. Widzi pan, rodzice mnie prosili, żebym uważała, a ja bardzo dużo czytałam o tych miejscach – elfka usiłowała nie uśmiechać się kpiąco. Czuła, że podstęp może się udać, gdyż chochliki są bardzo strachliwe. Ciągnęła więc dalej:

- Podobno nawet tak d o b r a rzecz jak imię może przemienić się w coś strasznego. W węża…. skorpiona…… trzeciego nie pamiętam. A jeśli zamknie się je w jakimś ciemnym miejscu, wtedy może sprawić wielkiego pecha i spowodować nagłą starość … - dłużej nie musiała mówić, ponieważ chochlik uciekł z piskiem, pozostawiając cenny woreczek.

Elfka wróciła do domu. W drodze powrotnej podziękowała staremu dębowi i dała mu słoik ciastek (o czym wcześniej nie pomyślała). W wiosce pierwszy zobaczył ją pan Źdźbło, który krzyknął: - I co, dobrze? - Elfka nie za bardzo zrozumiała to pytanie, ale odpowiedziała najlepiej jak umiała. Na uroczystości z okazji powrotu elfka otworzyła woreczek i wypchnęła z niej wielką złotą kulę, która po dotknięciu stała się częścią właściciela. - Nazywam się Niezapominajka! – krzyknęła z radością.

Niezapominajka zdobyła swoje imię, ale przez okrągły miesiąc dwa razy dziennie musiała przepłukiwać rany wodą z pokrzywą. Przez okrągły rok chodzić co dwa tygodnie do lekarza, pana Zielnika, żeby mógł kontrolować stan pogniecionego skrzydła. Już nigdy więcej nie wybrała się w podróż bez przygotowania. Teraz, po każdej udanej wycieczce, kiedy nikt nie patrzy, Niezapominajka gra na nosie kłującym krzewom i pędzącym liściolotom. Wie już, że rady rodziców należy brać na poważnie.

                                                                  

tutaj zamieść treść...

Autor: Gość


Niebezpieczna wyprawa... po imię

 

 

 

Mamo! – zawołał nastoletnia elfka wchodząc do domu. - Spakowałaś już wszystko?
- Tak, kochanie – mama odgarnęła rude kosmyki dziewczynki i pocałowała ją w czoło. – Moja dzielna córeczka – dodała.
- O ho ho, jest i nasza podróżniczka! – powiedział z uśmiechem wchodzący do kuchni elf. Był to tata elfki. - Masz dość kwitnącej pokrzywy? – spytał już poważniejszym tonem. Elfka pokiwała głową i odchyliła zamknięcie maleńkiego woreczka z zielonkawym proszkiem wewnątrz.
 - Na pewno jest już gotowa. – Stwierdziła mama, kładąc dłoń na ramieniu męża, ale jej spojrzenie w kierunku elfki mówiło: „na pewno jesteś już gotowa?”. Elfka uśmiechnęła się promiennie i przytuliła do rodziców. – Kiedy znajdę swoje imię natychmiast powrócę.
- Po miesiącu – sprostowała mama – jeśli wcześniej go nie znajdziesz.
- Na pewno znajdziesz – powiedział tata i jeszcze raz przytulił córkę.
- Pamiętaj kochanie – przypomniała mama – N I G D Y nie podchodź pod liścioloty. Wiesz, co się stało tacie? No dobrze, o tym teraz nie powiem, ale żebyś pod żadnym pozorem nie wchodziła do jakiegoś kującego zagajnika bez swetra z długim rękawem – to może prowadzić do zakażenia, a to do…..
- Kocham Cię, mamo – powiedziała pospiesznie elfka i ucałowała mamę w policzek. Nie miała ochoty ponownie słuchać o tym, co się stanie po zakażeniu, a co jeszcze później. Nie było czasu na przewracanie oczami i tłumaczenie, że ona to wszystko wie – bo oczywiście, że wie.
Jeszcze raz szybko owinęła sobie wokół szyi delikatny szal z włókien traw bardzo mocno ze sobą splecionych, poprawiła brązową sukienkę z jesiennych liści i okręciła się na pięcie, żeby popatrzeć jak zawiruje, a następnie wzbiła się w powietrze i krzyknęła:
- Kocham was!
- My ciebie też! – usłyszała z dołu.

Lecąc przybiła piątkę paru elfkom, słysząc słowa takie jak: - Trzymaj się! – Wracaj szybko! Albo – uważaj na siebie! - To ostatnie nie spodobało się rudej elfce. Odwróciła się i skrzyżowała ramiona na piersiach, ale elfka która to powiedziała nie zauważyła tego gestu. Podróżniczka również poleciała dalej.

Na granicy wioski stał elf, nieco wyższy od elfki, z zieloną czapeczką spadającą na oczy. - Cześć… - wymamrotał prawie niesłyszalnie. Na szczęście lub nie, elfka była już przyzwyczajona do takiej wymowy elfów w jej towarzystwie. Uśmiech i włosy elfki urzekały wszystkich. Nie mówiąc już o oczach.

Elf wysunął w kierunku elfki pudełeczko przewiązane żółtą wstążką. Żółty to kolor miłości elfów, ponieważ elfy nie tylko urodziły się ze śmiechu, ale też ze słońca. Elfka widząc ten podarunek prychnęła pogardliwie, ale przyjęła go, co ogromnie rozradowało Habra, bo tak nazywał się elf. Bąknął: - Uważaj na siebie…. – Elfka z najwyższym trudem zignorowała to. Nie miała ochoty pozwalać, aby ktoś zwracał jej uwagę. Wciąż z uniesioną głową elfka oddaliła się pieszo do lasu, a później leciała już wesoło nie pamiętając, że przed chwilą widziała się z chłopakiem, co było o tyle nie miłym wspomnieniem, że właśnie on kiedyś złamał jej serce. Leciała powoli, patrząc z podziwem na cuda, które może osiągnąć przyroda. Nagle stanęła jak wryta. Przed nią stało drzewo na wysokość kilkuset elfów! Nie kilkuset, na pewno więcej!

- Słońce! – krzyknęła rozdzierająco elfka. Ono zasłania mi słońce! – Już miała przemówić do dziupli w drzewie, aby drzewo nie zasłaniało słońca tak ubóstwianego przez wszystkie elfy, gdy coś ją potrąciło. Elfka zakręciła się wokół własnej osi. Już chciała zacząć się z tego śmiać, gdy nagle znowu coś śmignęło w powietrzu o wiele szybciej niż jakikolwiek elf i odepchnęło elfkę o kilka skrzydeł dalej.

- To latające liście! – krzyknęła. Czasami elfy jeździły na latających liściach razem z towarami z zagranicy. Elfka wiedziała, że liścioloty to bardzo niebezpieczne pojazdy i należy się trzymać od nich z daleka.

- Trudno. Na pewno nic się nie stanie. Tata będzie zadowolony, że leciałam jak najbliżej słońca. – pomyślała i poleciała dalej szeroką drogą. Jeśli chodzi o słońce i radość taty elfki, to w wiosce elfów panuje przesąd, że jeżeli elf będzie szedł lub leciał za daleko od słońca, jego skrzydła rozpadną się z tęsknoty za nim i elf już nigdy nie będzie mógł latać. - To byłoby okropne. – Elfka utwierdzała się w przekonaniu, że dobrze robi. Leciała więc powoli podziwiając liście, które już powoli nabierały złotoczerwonego odcieniu. Elfka nie mogła doczekać się zabawy ze spadającymi liśćmi. Właśnie dlatego tak bardzo lubiła jesień. Nagle znowu coś ją potrąciło, a z pojazdu który to zrobił dobiegły ją słowa: - Po co jeździć tak daleko po cynamon?

Podróżniczka nie zwróciła uwagi na te zrzędliwe słowa, ponieważ zabolało ją jedno ze skrzydeł, gdy pęd pojazdu przygniótł ją do ziemi. Na szczęście mogła ponownie wzlecieć w powietrze, więc poleciała nie przejmując się stanem skrzydeł.

Jeszcze kilka razy przewróciła się na skrzydła. Uważała, że kierowcy liściolotów powinni uważać, a kierowcy – że elfka. W końcu była tak obolała, że zeszła pokornie na pobocze i kuśtykając powtarzała w kółko: - Nigdy więcej…. nigdy więcej… nigdy więcej… nigdy więcej….

Zaczęło się zmierzchać, a Elfka znalazła akurat wielki dąb z rozłożystą koroną, który sprawiał wrażenie bardzo starego. Ułożyła się pod nim – oczywiście wystawiając skrzydła poza zasięg cienia korony. Gdy się obudziła, zauważyła, że przyroda obudziła się dużo wcześniej. Pierwszą więc rzeczą, którą zrobiła (oczywiście po zjedzeniu placka jabłkowego posypanego ziarnami wrzosu) było wyszeptanie do dziupli w starym dębie pytania: - Czy widział pan może przelatujące… imię? – Tak, widziałem – wyszeptał ciężkim, ale i łagodnym głosem dąb. – Niósł go chochlik w fioletowej czapce. Poszedł tędy w kierunku jagodowych krzewów. Na pewno osiedlił się tam. Ale uważaj – ostrzegło drzewo – tego chochlika pokonasz jedynie sprytem. Elfka podziękowała dębowi tak, jak tylko elfki potrafią i wyruszyła w drogę. Idąc przez jagodowe krzewy podwinęła rękawy, aby igły roślin mogły zostawić parę śladów – niech tata zobaczy, jaka była dzielna. Dla mamy nazbierała pełen woreczek granatowych owoców. Gdy wypełniła te oba zadania, zaczęła z pewną obawą wypatrywać fioletowej czapki. Fioletowa czapka sygnalizuje, że chochlik jest najlepszy w swojej rodzinie w psoceniu. Krzewy zaczęły mieć coraz mniej owoców i stały się rzadsze. Elfka coraz bardziej bała się psotnego chochlika, którego trudno podobno przechytrzyć. Czy niebezpieczeństwa, na które się naraża warte są poznania swojego imienia? - zastanowiła się.

Tata opowiadał jej, że gdy śmiech i słońce stworzyło ją, wszyscy wpatrzyli się w niebo, ponieważ zawsze stąd przychodzi imię elfki. Imię elfa natomiast – z ziemi. Gdy do nowego elfa przylatuje imię nikt nie patrzy się w niebo tylko na elfa, ponieważ wiadomo, że zaraz przyleci i to właśnie do niego. Kiedy pojawiła się nasza elfka, wszyscy spojrzeli w niebo. Jedynie mama i tata, których nie obchodziło żadne imię, wpatrywali się w swoją małą córeczkę jak urzeczeni. Jednak z nieba nic nie przyleciało. Tylko starszy wąsaty pan z wielką tuszą mówił, że zobaczył imię, i jakby jakąś rękę, która je złapała jak piłkę. Ten pan, który nazywa się Źdźbło, zawsze wszystko zmyśla i choć mówił, że w tej sprawie dałby sobie rękę uciąć, to nikt nie chciał pozbawiać tłustej rączki pana Źdźbła, więc dawali mu spokój. Może tym razem to była prawda? Może jakiś chochlik porwał imię w pół drogi, zrobił z tego psikus roku i zdobył fioletową czapkę? Elfka zaraz miała się o tym przekonać. Schowała się w pobliskich krzakach, które były tylko na tyle rzadkie, żeby można było przez nie dokładnie widzieć i wytrzeszczyła oczy. - O nie! - krzyknęła w myślach. Zobaczyła chatkę z białego marmuru z liściastym dachem i ławeczką na ganku. A na niej siedział chochlik w fioletowej czapce z rzeźbioną fajką w ręce. Elfa obmyśliła szybki plan i wyszła zza krzaków. - Dzień dobry panu! – powiedziała swoim najsłodszym głosikiem i ślicznym ruchem wytrzepując sukienkę.

- Co tu robisz, drogie dziecko? Jest tu bardzo niebezpiecznie. – Powiedział chochlik i z pewnym niepokojem przycisnął do siebie woreczek, który trzymał obok siebie.

- Teraz zbierałam jagody, ale wydaje mi się, że się trochę zgubiłam. Szukam imienia dla młodszej siostry, ponieważ wiatr był bardzo silny i zepchnął je gdzieś tu.

- Nie powinnaś tu przychodzić. Mam nadzieje, że przestrzegałaś zasad dobrego podróżnika – starałaś się nie skaleczyć, żeby nie powstało zakażenie, nie wchodzić w drogę liściolotom, nie tracić cennego czasu na oglądanie …. – chochlik wpatrywał się w elfkę, której zrobiło się strasznie wstyd. – Jak mogłam nie przestrzegać takich paru prostych zasad? – zganiła się w myślach ale na głos powiedziała:

- Ma pan racje. Widzi pan, rodzice mnie prosili, żebym uważała, a ja bardzo dużo czytałam o tych miejscach – elfka usiłowała nie uśmiechać się kpiąco. Czuła, że podstęp może się udać, gdyż chochliki są bardzo strachliwe. Ciągnęła więc dalej:

- Podobno nawet tak d o b r a rzecz jak imię może przemienić się w coś strasznego. W węża…. skorpiona…… trzeciego nie pamiętam. A jeśli zamknie się je w jakimś ciemnym miejscu, wtedy może sprawić wielkiego pecha i spowodować nagłą starość … - dłużej nie musiała mówić, ponieważ chochlik uciekł z piskiem, pozostawiając cenny woreczek.

Elfka wróciła do domu. W drodze powrotnej podziękowała staremu dębowi i dała mu słoik ciastek (o czym wcześniej nie pomyślała). W wiosce pierwszy zobaczył ją pan Źdźbło, który krzyknął: - I co, dobrze? - Elfka nie za bardzo zrozumiała to pytanie, ale odpowiedziała najlepiej jak umiała. Na uroczystości z okazji powrotu elfka otworzyła woreczek i wypchnęła z niej wielką złotą kulę, która po dotknięciu stała się częścią właściciela. - Nazywam się Niezapominajka! – krzyknęła z radością.

Niezapominajka zdobyła swoje imię, ale przez okrągły miesiąc dwa razy dziennie musiała przepłukiwać rany wodą z pokrzywą. Przez okrągły rok chodzić co dwa tygodnie do lekarza, pana Zielnika, żeby mógł kontrolować stan pogniecionego skrzydła. Już nigdy więcej nie wybrała się w podróż bez przygotowania. Teraz, po każdej udanej wycieczce, kiedy nikt nie patrzy, Niezapominajka gra na nosie kłującym krzewom i pędzącym liściolotom. Wie już, że rady rodziców należy brać na poważnie.

                                                                  

tutaj zamieść treść...

Autor: Gość


Ktoś napisał wiersz...

Ktoś napisał wiersz o bahrance

i jaspisowym uśmiechu cyberuliczniaka

Użył przy tym tyle fraz niedozwolonych do lat osiemnastu

Że z piersi czytającego nie wyrwał się nawet

jeden zaskoczony nieboskłon

 

 Ktoś napisał wiersz o kawce

i poranionej duszy czarnego nielota-pisarza

Użył przy tym tyle potu zafrasowanego

Że z oczu mgła postanowiła nie schodzić tym razem

na piękno poezji w ogóle

 

 Ktoś napisał wiersz

Wyrzucił

z siebie ciemną stronę niewychowania w poszanowaniu

słowa i czasu czytających

 

 Czy aby napewno

przymus współczesnej frazy,

w którą wciska się niewybredne definicje poezji

Musi być tak nieprzejrzysty

Odpowiedz

Jeśli potrafisz

Wierszem

 

/2007/   Copyright: Wyd.Wingsber.com Poland

Autor: MaSzka


Z kim po drodze Z kim nie...

Komu podać rękę a kogo nie wspierać

i minąć na palcach za serca zakrętem

Czyje pogubione w drodze myśli zbierać

A czyje zostawić wolno niepojęte

 

Komu Dobry Panie śpiący ponad nami

Pozaglądać w kieszeń w myśli otchłań wielką

A kogo porzucić i pomknąć stepami

Ciesząc się na piasku odkrytą muszelką

 

Komu świat rozśpiewać w tej ostatniej drodze

Ku miękkiego zamszu dotykowi chmury

I z kim skok wykonać na pijanej nodze

By zobaczyć świat Twój od podszewki z góry

 

Komu nie dać zasnąć Kogo nie obudzić

Z kim po łąkach szukać igieł w stogu siana

Komu rękę podać Czyją się nie zbrudzić

By u schyłku paść Ci szczerze na kolana

 

/2009-02-15/  Copyright: Wyd.Wingsber;  muzyka do tekstu: Piotr Zemanek

Autor: MaSzka


Ostatnie patronaty
Popularne Tagi

Najaktywniejsi użytkownicy w tym miesiącu:

dona - 2617 ptk.
rogue-666 - 1910 ptk.
Magda - 1701 ptk.
Agata - 1367 ptk.
Rewolwerowiec - 548 ptk.

zobacz pełny ranking

20876 książek
nasz cel: 30 000, do dodania pozostało 9124

2759 adaptacji
nasz cel: 3 000, do dodania pozostało 241

3384 autorów ze zdjęciami
nasz cel: 4 000, do dodania pozostało 616

Losowy cytat

"Każda ulica gdzieś prowadzi. Jeśli zna się cel łatwiej się zdecydować na którąś z nich."


Anna Onichimowska

Lot Komety
BookHunter.pl
O nas
Nasze logo
Punktacja
Do pobrania
Kontakt
Przyłącz się!
Zespół
Kogo szukamy?
Partnerzy
Wspólne cele
Dla wydawnictw
Współpraca
recenzencka

Patronat medialny
o BookHunter
Copyright © 2015 - 2016 by BookHunter.pl
O nas | Zbieraj punkty | Zespół | Regulamin | Kontakt