Error message here!

Error message here!

Zapomniałeś/aś hasła?

Error message here!

Error message here!

Error message here!

Error message here!

Zapomniałeś/aś hasła? Podaj swój adres e-mail.
Otrzymasz link, dzięki któremu zresetujesz hasło.

Error message here!

Powrót do logowania

Close

Hanna Goworowska-Adamska: Można przestać się bać i zacząć swoje życie od początku - własne, po swojemu

8 maja 2019

Dom Hanny Goworowskiej-Adamskiej jest pełen zwierząt. Po pokojach przechadza się osiem kotów, żółw leży przy drzwiach prowadzących do ogrodu, który z kolei zamieszkują jeże i mewa. Wszystkie zostały uratowane, przygarnięte z ulicy, znalezione ranne, w ciężkim stanie. Dzisiaj większość z nich już nie boi się ludzi. Są wolne i szczęśliwe. Trudno uwierzyć, że właśnie w tych ścianach wydarzyły się wszystkie historie opisane w książce. Autorka jest anglistką, egiptolożką, tłumaczką i działaczką społeczną. "Ocalić siebie" to jej trzecia książka - najtrudniejsza, najważniejsza, najbardziej osobista. Opowiedziała nam o życiu z psychopatą, walce o siebie, miłości do zwierząt, fascynacji Egiptem i szczęśliwych zakończeniach.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Fot. Łukasz Kowalczuk

Jesteś anglistką, ale i egiptolożką, autorką dwóch powieści osadzonych w starożytnym Egipicie. Skąd w ogóle wziął się ten Egipt?

Byłam po ciężkiej operacji, na urlopie zdrowotnym. Mój mąż stwierdził, że gdzieś mnie trzeba wywieźć, bo mnie nosiło - wykupiliśmy więc wycieczkę. Takie zwykłe fokowisko. Kiedy byliśmy w świątyni Hatszepsut w Luksorze zakochałam się w kawałku kamienia. Nie chciałam dać się od niego odciągnąć. Wróciliśmy do kraju i odpłynęłam całkowicie. Przeczytałam gdzieś, że w Manchesterze są studia egiptologiczne. Moje pierwsze pytanie dotyczyło górnego limitu wieku, ale zostałam przyjęta. Były bardzo trudne, czego się nie spodziewałam, w końcu to studia przez Internet. Ekipa prowadząca składała się z doskonałych egiptologów, strasznie nas męczyli. Pierwszym rzutem była książka o Hatszepsut, która szczerze mówiąc jest kiepska, patrząc w perspektywy. Ale jest w niej dużo moich emocji z tamtych lat. Dopiero w drugiej, tej o faraonie Eje, skupiłam się mniej na tej jednej osobie, którą się zachwyciłam, ale również na zachodzących tam procesach, architekturze, ludziach, charakterach. W pewnym momencie jednak odeszłam od Egiptu. Nic mnie już nie cieszyło w życiu, zaczęłam coraz bardziej zamykać się w sobie. Mam jednak nadzieję, że uda mi się wrócić do tego, bo byłam na etapie pisania kolejnej książki, a połowa jest już gotowa. A nawet kawałek czwartej, lubię, żeby się coś działo.

"Ocalić siebie" to zupełnie inna bajka. To książka, która naprawdę pomogła mi ocalić siebie. Po śmierci mamy panowała we mnie niezgoda poznawcza. Czułam dysonans pomiędzy zimną osobą, którą pamiętałam - nie była najlepszą matką, może tak to ujmę - a ciężko chorą, umierającą kobietą, która pierwszy raz powiedziała mi, że mnie kocha, łapała mnie za ręce, kobietą, która zaczęła bardzo powoli rozumieć, że sama była ofiarą przejawiającą silny syndrom sztokholmski. Nie mogłam sobie z tym poradzić, jakby to były dwie różne osoby. Wylądowałam u terapeutki. Szybko zorientowała się, że nie będę z nią szczera, bo mnie całe życie uczono kłamania. Kłamstwo ratowało mnie przed biciem, przed karą. Nauczyłam się manipulować - na wszelki wypadek, bo uważałam, że cały świat chce mnie skrzywdzić, nawet kiedy już nie musiałam się bronić. Wiedziała, że piszę, zaproponowała mi więc rozmowę z komputerem. Pierwszą rzeczą, jaką wtedy opisałam, jest pierwsza scena książki.

 

Czytając książkę zastanawiałam się, z jaką intencją powstawała: aby właśnie opowiedzieć historię czy przestrzec innych, nauczyć ich, jak mogą rozpoznać psychopatę i sobie z nim radzić? Fragmenty pomiędzy rozdziałami stanowią jakby instrukcje dla czytelników.

Kiedy przyszła diagnoza ze szpitala, że ojciec ma takie zaburzenia, byłam już świadoma, że tak życie nie powinno wyglądać i sytuacja jest patologiczna. Pomyślałam jednak, że trzeba napisać o tym ludziom prostymi słowami. Czytałam książki napisane przez psychiatrów i psychologów, ale napisane są językiem hermetycznym, niedostępnym. Nie czyta się tego dobrze. To są podręczniki dla specjalistów. Ale o tym trzeba mówić. Wielokrotnie rozmawiałam z mężem o tym, że następuje psychopatyzacja społeczeństwa. Trzeba mówić o narcyzmie, braku empatii, manipulacji, ale mówić prosto. Ja przez lata nie zdawałam sobie sprawy, że to nie jest normalny dom. Mąż mi powtarzał, że trzeba stąd uciekać - ja z jednej strony chciałam, ale nie mogłam. Dotarłam do punktu, gdzie zrozumiałam, że pierwszy krok, to zrozumieć, w czym się tkwi. Następnie trzeba przestać czuć się winną. Osoby doświadczające przemocy żyją w poczuciu, że wszystko, co się im przydarza jest ich winą - nie, nic nie jest ich winą! Przemoc jest winą sprawcy. Ja się musiałam tego długo uczyć.

Pomagał mi w tym mąż. Jest absolutnym przeciwieństwem domu, z którego wyszłam. Jesteśmy razem 36 lat i jedyne spięcia, jakie się między nami pojawiały, wynikały z tego, że bałam się przeciwstawić rodzicom. Napisałam książkę, by pokazać kobietom, które są w podobnej sytuacji, że można przestać się bać i zacząć życie od początku - swoje własne, nie takie, jak chcą inni. Jeśli znajdzie się chociaż jedna osoba, której ta książka pomoże, to warto ją było napisać.

 

Jeżeli chodzi o proces budzenia się świadomości, że coś jest nie tak, czytając książkę miałam wrażenie, że miał on kilka kluczowych momentów. A jak to było w przypadku mamy? Na początku jest całkiem podporządkowana mężowi, pod koniec zaczyna się sprzeciwiać. Jak przebiegała ta ewolucja?

Z perspektywy lat oceniam wszystko inaczej. Kiedyś uważałam, że mama mnie krzywdzi, teraz wiem, że była ofiarą. Straciła ojca bardzo wcześnie, gdyby dziadek tego dożył, to pewnie bardzo szybko pogoniłby mojego ojca. Babcia posłała ją do urszulanek, to też nie był najlepszy pomysł, biorąc pod uwagę, jak wyglądało wtedy kształtowanie postaw kobiecych (co się chyba bardzo nie zmieniło). Szukała oparcia, więc dała się całkowicie podporządkować ojcu. Mężczyzna był panem i władcą, a kobieta miała pracować, zajmować się domem i dziećmi. Powtarzał jej ciągle, że robi wszystko dla rodziny, ma rację i jest najlepszy. I ona w to uwierzyła. Pozbawiła sama siebie osobowości. Przyjęła zachowania i sposób myślenia, które były od niej oczekiwane. Ja się coraz bardziej buntowałam, im byłam starsza, tym częściej mówiłam "nie". Kluczowym momentem był mój zawał, kiedy ojciec został wyrzucony ze szpitala, bo był wobec mnie agresywny. Zdałam sobie sprawę, że moja walka o miłość „tatusia” była po prostu bezsensowna. Kolejny punkt zwrotny miał miejsce, gdy chciał startować z nożem do mojego 13-letniego syna. Byłam już zbuntowana całkowicie, chociaż nie do końca wiedziałam, co się dzieje. Mama to widziała. Ale kiedy ja się sprzeciwiałam ojcu, następnego dnia mama musiała mnie przekonywać, że siniak pod okiem to rezultat tego, że wpadła na szafkę. W pewnym momencie zdała sobie sprawę, że spaprała sobie życie, że gdyby go zostawiła, nasze życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Podjęła decyzję o przerwaniu leczenia onkologicznego. Została całkowicie pozbawiona podmiotowości, a potencjał miała ogromny. Ja mamie wybaczyłam, bo ona była tylko wykonawcą.

 

Bardzo wyraźnie widać ten motyw, że ojciec nie wykonuje sam kar, tylko je zleca. Na czym polegał ten system?

Do tej pory tego nie rozumiem, jak można pozwolić, by inny człowiek kazał mi krzywdzić własne dziecko. Może myślała, że tak ma być? Że kobieta jest tylko posłuszną wykonawczynią woli mężczyzny? Dostałam od ojca klapsa raz w życiu. Miałam chyba sześć lat, rodzice byli u znajomych na brydżu. Nie chciałam się położyć spać i opiekunka naskarżyła ojcu. Dał mi klapsa i poszedł dalej grać i pić. To był jedyny raz. Później próbował brać się do bójek, ale to dużo później. Miałam lepszy refleks, on był już starym człowiekiem, który niewiele mógł. Chociaż kiedy pewnego razu rzucił mną o framugę drzwi, byłam mocno posiniaczona. Zostawił mi w spadku ciężką depresję. Trudne były zwłaszcza ostatnie lata, kiedy zdałam sobie sprawę, że mama stanowiła bufor pomiędzy nami. Uprzedzając pytanie, dlaczego się stąd nie wyprowadziliśmy – bo gdy powiedziałam, że to zrobię, próbowano mnie ubezwłasnowolnić, ale powiedziałam sobie: ja przetrzymam. Zaoram to wszystko, zrobię tak, jak ja chcę. Zrobiłam tu sobie bezpieczną przestrzeń. Odzyskałam spokój i szczęście. Mówię to wszystkim osobom, które są ofiarami przemocy: da się.

 

Czyli to miejsce może jednak być domem - mimo tych wszystkich wspomnień?

To był budynek. Mój mąż czuł się tutaj obcy. Dopiero, kiedy zaczęliśmy to oznaczać - jak zwierzęta, po naszemu - poczuliśmy, że to jest nasz dom. Ale wiem, że syn tutaj nigdy nie wróci. Lubi tu przebywać, ale pewnie nie zamieszka (chociaż byłoby fajnie). Ciągle wraca do mnie poczucie winy, że nie byłam w stanie go obronić. Mam troje przyjaciół: mój mąż, mój syn i moja siostra. Zawsze możemy na siebie liczyć, stworzyliśmy bardzo silną więź.

 

 

Zapewne bardzo trudny był moment, kiedy ojciec potrzebował pomocy od osób, którym całe życie robił krzywdę?

Tak, wiedziałyśmy z siostrą, że on odchodzi, ale mogło to potrwać dwa tygodnie albo dwa lata. Całe życie powtarzał, że umrze tutaj i my będziemy go obsługiwać. I tak było.

To jest ten kontrast, pomiędzy oprawcą, którym był i bezradnym starym człowiekiem, który umarł mi na ręku. Zaopiekowanym, czystym, ogolonym. Nie był brudny, nie musiałam podnosić do z ziemi. To był po prostu stary człowiek, który potrzebował mojej pomocy. Trzymał mnie za rękę, żebym nie zostawiła go samego. Potrzebował zwykłej opieki - takiej, jakiej swojej żonie nie dał, bo mama odchodziła w piekle alkoholu. Ja już powiedziałam, że nie chcę spocząć w tym samym grobowcu - mnie można ewentualnie wywieźć w proszku do Egiptu.

 

Jakie były relacje z rodziną ze strony ojca? Czy widzieli, że coś złego się dzieje?

Nie wiem, jak zareagują na tę książkę. Dla nich zawsze był wzorem, ciągle powtarzał, że on wszystko dla rodziny. Ale wiedzieli, że dzieje się coś złego, bo my nie byłyśmy delikatne w opisach. Kiedy powiedziałam ojcu, że zmarła jego siostra, był tak pijany, że padł na kolana krzycząc "żoneczko moja ukochana". Ale chowali głowę w piasek, chociaż prosiłyśmy - pogadajcie z nim, przemówcie do rozsądku, niech zacznie się leczyć.

 

Nie wierzyli czy nie chcieli wierzyć?

Są osoby, które do tej pory nie wierzą. Był klasyczną duszą towarzystwa, opowiadał, jaki jest wspaniały. Dali się oszukać. Jest tylko kuzynka i kuzyn, jedyne osoby, które przyjęły to do wiadomości.

 

Jeśli chodzi o wiarę i niewiarę, jak to było z mamą? Czy bała się sprzeciwić, czy tak przejęła sposób myślenia ojca, że uważała wszystko co robi za słuszne?

Myślę, że to była mieszanka jednego i drugiego. Na pewno szybko dała się zmanipulować.

Rok po śmierci mamy siostra dała mi do przeczytania jej pamiętniki, które wyniosła z domu, aby ojciec ich nie zniszczył. Byłam w szoku, że już w okolicach stanu wojennego mama zdawała sobie sprawę, że to jest człowiek pozbawiony uczuć, że nią manipuluje, kłamie, zdradza. Ale tkwiła przy nim, nie miała dość siły, aby się uwolnić. Może dlatego, że nie miała nikogo, kto by ją wsparł. Pod koniec jej życia bywała tu przyjaciółka z Urszulanek, wspaniała osoba, bardzo mądra kobieta, moja przyszywana ciocia, która lata wcześniej pogoniła swojego męża. Być może rozmowy z nią też otworzyły mamie oczy. To była jedyna osoba, na której mogła się oprzeć, bo została przez ojca ustawiona nawet przeciwko własnej matce - babcia usunęła się w cień, ale zawsze mogłam na nią liczyć. Myślę, że zdała sobie sprawę z sytuacji, kiedy potrzebowała wsparcia, a nie dostała go od ojca, mimo wszystkich jego zapewnień, że poświęca się rodzinie. Kiedy siostra woziła mamę na chemioterapię, pod dom już podjeżdżała taksówka z wódką. Zrozumiała dopiero umierając.

 

A propos przyjaciół, w książce przewija się mnóstwo zwierząt. Od wspomnianego w pierwszym rozdziale Jetka, poprzez wszystkie inne psy i koty, które mieszkały w waszym domu. Czy one też stanowiły wsparcie, ukojenie i pomoc?

Oczywiście, że tak. Zwierzęta były zawsze bardzo ważne w moim życiu, teraz też mam całe stado. Wszystkie są uratowane, wyciągnięte śmierci z paszczy. Są dla mnie piekielnie ważne i staram się im pomagać. W książce wszyscy mają zmienione imiona oprócz zwierząt. 

Pojawia się na przykład Lago, bokser z mojego dzieciństwa, który mnie bronił. Mama czasem wyładowywała swoje frustracje na dzieciach. Kiedy chciała mnie sprać, Lago stawał między mną a nią, patrzył tylko i leciutko powarkiwał. Musiała go wyprowadzić i zamknąć w innym pokoju, wtedy czasem jej przechodziło. A czasem nie, ale kiedyś Lago wybił łbem szybę, żeby się wydostać i mnie ratować. Wchodził mi do łóżka, potrafił się tak rozpychać, że mnie wypchnął. Koty z kolei są bardzo terapeutyczne, to moje czworonożne leki na wszystko.

 

Kiedy czytałam pierwszą część książki, wspomnienia z dzieciństwa wydawały się bardzo żywe, rzeczywiście odtwarzające dziecięce emocje.

Nie pisałam książki po kolei, kiedy pisałam te fragmenty znów czułam się dzieckiem.   Wydaje mi się, że wciąż jestem tym krzywdzonym dzieckiem, które nie ma zgody na to, co się mu przytrafiło. Myślę, że traumy z dzieciństwa najbardziej kształtują, tkwią we mnie do dzisiaj i myślę, że będą tkwiły do końca. Kłóciłyśmy się kiedyś z siostrą, powiedziała: to mój miś był spalony, w kuchni. Ja mówię na to, że przecież mój w piwnicy. Okazało się, że spalono oba. Ostatnio zrobiłam misia na szydełku, kiedy wzięłam go do ręki pomyślałam: zaraz, przecież to jest TEN miś. Dzieci ożywiają zabawki, więc dla mnie pewnie było to takie przeżycie, jakbym była świadkiem morderstwa. Teraz, kiedy pojawiła się ta książka wracamy do wspomnień, co chwilę przypomina się kolejne.

 

Czy powrót do tych wspomnień był terapeutyczny czy bardziej bolesny?

Jedno i drugie. Nadal prowadzę zapiski, nauczyłam się otwarcie rozmawiać z ludźmi, mówić do nich głośno o tym wszystkim. Nie potrafiłam okazywać uczuć, bo było to karane. Przywykłam tłamsić to w sobie, czasem musiałam aż zaciskać pięści, żeby móc mówić. Ale uczę się, pomaga mi w tym mąż, który przez te wszystkie lata był przy mnie.

To bolało, ale było potrzebne. Osoby doświadczające przemocy muszą nauczyć się mówić o tym, co je spotyka. Stąd też decyzja, że wydałam książkę pod swoim nazwiskiem. Gdybym użyła pseudonimu, to znowu byłoby kłamstwo. Co prawda zmieniłam imiona - zaczęłam pisać, gdy ojciec żył, ale nie ma znaczenia, jak ma na imię w książce, znaczenie ma to, jaki był. Książka powstawała cztery lata. Potrafiłam przez parę miesięcy nie pisać nic, a potem zamiatając koci żwirek wrzucić miotłę w kąt i biec pisać.

 

Czy ksiązka była szokiem dla kręgu rodziny i znajomych?

Tak, bo całe życie uczyłam się udawać. Jedną z moich metod na zakłamywanie rzeczywistości był śmiech. Robiłam wrażenie osoby z poczuciem humoru, zdystansowanej, pogodnej. Obracałam się przez ostatnie lata w kręgu ludzi młodych, nie chciałam epatować swoimi przeżyciami, ale zawsze byłam wyczulona na sygnały, że komuś dzieje się coś złego. Wtedy podchodziłam i zaczynałam rozmawiać. Wiem, że niektórym pomogłam wyrazić to, że jest im ciężko, bo np. rodzice czy partner byli przemocowi. Wtedy stwierdziłam, że ja też opowiem swoją historię. Zdarzyło się, że po spotkaniu przychodziły do mnie osoby, których nie znam, żeby się przytulić, bez słowa. Że ludzie płakali. Dostawałam od obcych osób wiadomości na Messengerze, że ktoś dziękuje za tę książkę. Czytam recenzje czytelników i wiem, że zrobiłam coś, co ma sens.

Teraz chcę wykorzystać swoje zapiski i napisać książkę o depresji, o tych najgorszych stanach, kiedy wyjście spod kołdry jest największym wysiłkiem. Chcę uświadomić, że nie wystarczy zjeść czekoladę i napić się wina. Dostałam w spadku ciężką depresję. Końcówka pisania tej książki to był najgorszy okres, nie bardzo pamiętam cokolwiek z zeszłego lata. Nie słuchałam męża, który próbował mnie nakłonić, żebym wróciła do terapeutki i psychiatry. Tak samo syn i siostra. Nie chciałam tego słuchać, myślałam, że sobie poradzę, wystarczy jak pójdę do mojego ukochanego ogrodu. Nie, nie poradziłam sobie. Z pewnym momencie powiedziałam sobie: co ty robisz, kobieto, przecież to już jest za tobą. Miewam jeszcze stany lękowe, w nocy budzę się z krzykiem, kiedy śni mi się ojciec.

Całe życie starałam się spełniać oczekiwania innych, ale na terapii nauczyłam się, że jeśli komuś przeszkadza coś co ja robię, piszę, mówię, to on ma problem, nie ja. Jestem jaka jestem, nie zamierzam się zmieniać, chcę być sobą. To, że lubię się śmiać wielokrotnie pomogło mi przetrwać, myślę, że to jest dobra metoda na życie. Mam tu swój zamek z moimi kotami, mam ogród. Nie wspominając już o mężu i synu. To mi daje radość, mam po co żyć i cieszę się tym, co mam.

 

To nie tyle szczęśliwe zakończenie, co szczęśliwy dalszy ciąg?

Tak, on trwa. A będzie jeszcze fajniej.

 

Rozmawiała Aleksandra Woźniak.

Dodane przez aleksandra.wen

Czy masz coś do dodania, chcesz o coś zapytać?
Komentarze (1)


(zabezpieczenie przed botami)

/1000 wykorzystanych znaków


2019-05-09 12:01

świetny wywiad, gratuluję i polecam <3

Ostatnie patronaty
Popularne Tagi

Najaktywniejsi użytkownicy w tym miesiącu:

Sirroco - 885 ptk.
Mery - 780 ptk.
Majkson - 739 ptk.
Pani-wynalazkowa - 733 ptk.
ambros - 622 ptk.

zobacz pełny ranking

24532 książek
nasz cel: 30 000, do dodania pozostało 5468

2877 adaptacji
nasz cel: 3 000, do dodania pozostało 123

3843 autorów ze zdjęciami
nasz cel: 4 000, do dodania pozostało 157

Losowy cytat

"Odpowiedzialności za pewne czyny po prostu nie sposób uniknąć."


Stephen King

Mroczna Wieża IV: Czarnoksiężnik i kryształ
BookHunter.pl
O nas
Nasze logo
Punktacja
Do pobrania
Kontakt
Przyłącz się!
Zespół
Kogo szukamy?
Partnerzy
Wspólne cele
Dla wydawnictw
Współpraca
recenzencka

Patronat medialny
o BookHunter
Copyright © 2015 - 2017 by BookHunter.pl
O nas | Zbieraj punkty | Zespół | Regulamin | Kontakt