Error message here!

Error message here!

Zapomniałeś/aś hasła?

Error message here!

Error message here!

Error message here!

Error message here!

Zapomniałeś/aś hasła? Podaj swój adres e-mail.
Otrzymasz link, dzięki któremu zresetujesz hasło.

Error message here!

Powrót do logowania

Close

Jak przetrwać w przestępczym Krakowie dawnych wieków? Wywiad z Karolem Ossowskim

18 października 2019

Gdzie odbywały się najbardziej srogie imprezy w epoce Jagiellonów? Co to jest mowa wełtarska (tego nie da się znaleźć w Google!)? Kto często musiał w karczmie pić samotnie? Dlaczego bez ucha trudniej jest kupić chleb? O tym oraz innych ciekawostkach przestępczego Krakowa dawnych wieków z historykiem Karolem Ossowskim rozmawia Aleksandra Woźniak.

 

Czy Kraków dawnych wieków miał swoją Nową Hutę? Czy istniały dzielnice, w których przestępczość była większa, a przetrwać trudniej?

Od dawien dawna w miastach były obszary, w które zamożniejsi mieszczanie się rzadziej zapuszczali. Przecież nie jest tak, że w całym Krakowie ludzie kradli i mordowali... to znaczy właściwie jest! Ale niektórych obszarów dotyczy to większym stopniu. Po rynku chodziły wówczas krowy i świnie, które wtedy trzymał prawie każdy mieszkaniec, o psach i kotach nie wspomnę. Nikt za to nie garnął się do sprzątania "nocnego złota", jak nazywano w Holandii nieczystości ludzkie i zwierzęce, więc często najmowali się do tego kaci. Jeśli chodzi o niebezpieczne dzielnice, nie zapuszczano się przede wszystkim pod mury. Na wschodzie pod murami biegła ulica Kocia, a na zachodzie Psia i Krowia. W tych obszarach mieszkała biedota, a złodzieje mogli znaleźć tymczasowe schronienie przed ścigającą ich strażą miejską. Im dalej od rynku, tym mniej zamożnych mieszczan.

Jaki teren obejmują współcześnie te dawne "złe dzielnice"?

Przede wszystkim okolice Collegium Novum, głównej siedziby Uniwersytetu Jagiellońskiego i Instytutu Historii. Również na całych terenach dzisiejszych zachodnich i wschodnich plant stały lepianki. Nikt nie chciał się też zapuszczać w okolice klasztoru Dominikanów czy Franciszkanów. Wszyscy wiedzieli, jaka to okolica - można było natknąć się na "panią lekkich obyczajów" albo pana, który chciał nas ograbić. Tam spychano cały margines społeczny, przede wszystkim biednych. Pod murami mieszkał również kat.

Przechodniom na ulicy groziły chociażby bijatyki, które koncentrowały się jednak tam, gdzie były karczmy. Przy czym musimy pamiętać, że większość karczm w tamtym okresie było też melinami, a karczmarze zajmowali się paserstwem. Wszyscy wiedzieli, do której z nich trzeba pójść, aby móc coś sprzedać lub kupić. Były gospody prowadzone przez  zacnych mieszczan, gdzie chadzał patrycjat, ale to margines. Chociażby w samym rynku pod Ratuszem znajdowała się Piwnica Świdnicka, gdzie w jednej sali była karczma, a zaraz za ścianą tortornia, w której kat torturował przesłuchiwanych. I na pewno klienci karczmy słyszeli, co się dzieje w sąsiednim pomieszczeniu. Zanim podejrzany znalazł się w rękach kata, spuszczano go do ciemnicy pod ratuszem, a potem wyciągano w klatce prosto do sali przesłuchań w sądzie. Część z tych, którzy spędzili więcej czasu w tym miejscu. miała później skróconą karę, bo sędziowie zdawali sobie sprawę, jakie panują tam warunki.

Pijacy i nierządnice spotykali się z kolei często w Smoczej Jamie zaraz pod zamkiem. Tam znajdowała się i melina i zamtuz. Podobno odbywały się tam takie imprezy, że Zygmunt August nie mógł spać.

Jakiego okresu dotyczy książka?

Oryginalny tytuł brzmiał "Jak przetrwać w Krakowie dawnych wieków", we wstępie tłumaczę, co to właściwie znaczy. To okres od połowy XIV do połowy XVII wieku. Czas największej prosperity Krakowa. Miasto jest prawdziwym miastem, działa już normalnie rada, ława, wójt, król urzęduje na Wawelu. Za to połowa XVII wieku to upadek - przeniesienie stolicy do Warszawy, ciągłe zarazy, najazdy szwedzkie. Nie oszukujmy się, jest to też okres, z którego mamy źródła, co jest niezbędne, by cokolwiek napisać.

Czy był też podział etniczny, że konkretne części miasta były zamieszkiwane przez narodowości lub religie?

Na pewno Kazimierz zamieszkiwali Żydzi. Większość z nich była paserami. Przestępca, który w Krakowie dokonał kradzieży, często od razu udawał się na Kazimierz. Nie mógł tu jednak czuć się do końca bezpiecznie, bo jeśli o przestępstwie zrobiło się głośno, bywało, że czekała go przykra niespodzianka. Przekonał się o tym Bartosz z Lusiny, który ukradł pieczęć należącą do podkanclerza królewskiego. Współcześnie może się wydawać, że to nic ważnego, ale używając jej mógł sfałszować bardzo ważną dokumentację. Ta postać odbiła się szerokim echem, był to w końcu złodziej z przypadku. Dostał się razem z orszakiem do siedziba kanclerza i schował się tam za piecem. Kiedy wszyscy wyszli z komnaty, po prostu podszedł do stołu i zgarnął to, co na nim znalazł, wśród przedmiotów znajdowała się pieczęć. Bartosz zwrócił uwagę tylko na to, ze była zdobiona, więc potencjalnie droga, nie zdawał sobie sprawy, że jeśli sprzeda wrogom państwa pieczęć, którą można fałszować dokumenty, zapłaci własnym życiem. Udało mu się zbiec z miasta, dostał się do Bochni, gdzie próbował ją sprzedać, ale tamtejsi Żydzi już wiedzieli, co się święci i wydali go. Spotkał go okrutny los, był torturowany, jego ciało przypiekano, ćwiartowano i rozrywano po kawałku. A zgarniając pieczęć ze stołu nie miał przecież świadomości, jaką zbrodnię popełnia

Jakie przestępstwa były najsurowiej karane?

Fałszerstwo. Pod Krakowem i na Śląsku grasowała rozbójniczka Katarzyna Wlekyne, postrach okolicy. Mordowała, paliła, łupiła, ale została spalona na stosie, ale nie za te zbrodnie, tylko za to, że zaczęła fałszować pieniądze. To było dla władz większym problemem, bo bicie monet leżało w gestii króla. Nawet złodziei nie wieszano od razu (bo powieszenie było najczęstszą karą za kradzież) - skazywano przede wszystkim recydywistów. Najpierw złodziej tracił ucho, potem rękę, a potem kończył na szubienicy. Chyba, że od razu ukradł coś znacznego. Często osoby, które straciły na przykład ucho w bójce, występowały do władz o zaświadczenie, żeby nikt nie wziął ich za złodziei. Taki dokument umożliwiał najęcie się do pracy albo chociażby zakup chleba na straganie.

Jak działał system sprawiedliwości?

W przeciwieństwie do współczesnego, był szybki - chociaż niekoniecznie skuteczny... Straż ruszała w pościg za złodziejem, chwytała go, ale w drodze do więzienia miał jeszcze szansę się wykupić. W XIV wieku straż była dość szanowana, później jednak sporo straciła, wielu jej przedstawicieli przyjmowało łapówki.

Moje wrażenie z przeczytanego fragmentu ksiązki jest takie, że ludzie nie do końca wierzyli, że system sprawiedliwości ich obroni, dlatego woleli zaufać przesądom i gusłom.

Bardzo możliwe, strażnicy byli w końcu źle opłacani i działali nieefektywnie. Chociaż nie można też uznać, że przestępcom wszystko uchodziło na sucho. Wielu w końcu trafiało do więzienia, a to w dawnych wiekach przypominało raczej karcer. Pobyt tam nie był formą długoterminowej kary, tak jak dzisiaj, raczej zamykano tam przestępcę na krótki czas, aby przemyślał swoje uczynki. Krakowskie więzienie było okryte złą sławą, nikt nie chciał być zamknięty. Sąd można było przeprowadzić nawet w 24 godziny, złapany był najczęściej skazywany na śmierć. Czasem spędzał w więzieniu trzy, pięć dni. Jeśli się nie przyznał, mógł być wydany katu. Jednak nie wyglądało to jak na filmach, że brano pod uwagę przyznanie się na torturach - musiał jeszcze przyznać się ponownie przed sędziami, a w tej sytuacji często się wycofywał. Ludzie bowiem nie myśleli tylko o karze w życiu doczesnym, ale też tej, która czeka ich po śmierci. Bali się więc, że skoro czeka ich śmierć przez powieszenie, to już wkrótce będą cierpieć wieczne męki. Tak działo się często, mimo że po odwołaniu zeznań przestępca ponownie trafiał do kata. Jeśli jednak wytrzymał drugie i trzecie przesłuchanie, często go wypuszczano. Nie oszukujmy się jednak, z tych osób, które wyszły po trzech sesjach u kata, niewiele zostawało. Były żywym ostrzeżeniem dla innych, co może ich spotkać.

Wracając do fragmentu, ciekawe jest obecne w przesądach wymieszanie chrześcijaństwa z wiarą w czary. Czy ludzie byli wówczas przykładnymi chrześcijanami, czy raczej interpretowali religię na swój sposób?   

Przecież nie było tak, że gdy Mieszko I przyjął chrzest, wszyscy nagle stali się chrześcijanami, przestrzegali dziesięciu przykazań i chodzili w niedzielę do kościoła. To był proces pełen wzlotów i upadków, zresztą nie tylko w Polsce, ale i całej Europie. Chrześcijaństwo mieszało się z wierzeniami ludowymi, to było dla ludzi naturalne. Przecież między innymi dlatego Kościół wprowadził Boże Narodzenie. W wielu kulturach po prostu adaptowano obrzędy do nowej religii, wystarczyło po prostu zmienić nazwę święta, w miejsce boga wstawić imię chrześcijańskiego świętego. Wszystko się mieszało, co w sumie trwa do dzisiaj: katolicy nie zdają sobie sprawy, ze w swoim obrządku mają elementy zapożyczone z Kościoła Zielonoświątkowego Nie badałem nigdy, jak wyglądała realna wiara duchowieństwa, ale zwykli ludzie nie mieli problemu, by łączyć religię z czarami. Prześladowanie czarownic i czarowników miało miejsce w Polsce dopiero w drugiej połowie XVII i pierwszej połowie XVIII wieku. W XIV wieku żył czarownik - piszę o nim w książce - który był doradcą królewskim. Wszyscy wiedzieli, czym się zajmuje, miał magiczne kule, zwierciadła i inne artefakty. W końcu został oskarżony o czary, ale skazano go nie na śmierć, ale wygnanie. Nikomu nie wpadło do głowy, żeby kogokolwiek palić. Po wsiach chodzili znachorzy i znachorki ogłaszający się ze swoimi zdolnościami, zdejmowali złe oko ze zwierząt, okadzali obory. Szczególnie często zajmowali się tym Cyganie, których w tych czasach sporo jeździło po całej Polsce. Zimowali z lepiankach, a kiedy robiło się ciepło, ruszali wyznaczonymi trasami w Polskę. Często byli niedźwiednikami, czyli szkolili od małego niedźwiadki do pokazywania sztuczek. Na wsiach mieszkańcy byli przyzwyczajeni, że z początkiem kwietnia przyjdzie do nich dziad, który odegna złe oko albo da pokaz z niedźwiedziem, więc trzeba dla niego przygotować posiłek i zapłatę.

Czy religia miała wpływ na postępowanie ludzi? Czy unikali łamania jej zasad z obawy, że po śmierci spotka ich kara?

Na pewno większy niż teraz. Chociaż podobnie jak współcześnie, im bliżej śmierci - czy to naturalnej, czy z rąk kata - ludzie stawali się bardziej religijni. Dlatego też osoba, która została skazana na śmierć, miała prawo spędzić czas w kaplicy w Kościele Mariackim, by się pomodlić i wyspowiadać. Co ciekawe, złodzieje też mieli swojego świętego, któremu dziękowali za to, że nikt ich nie złapał i udało im się dużo ukraść. W książce wspominam między innymi relację człowieka, któremu ksiądz na spowiedzi powiedział, ze "jak mało ukradnie, to się odpuści, jak dużo ukradnie, to obwieszą", także wśród duchowieństwa też różnie bywało z moralnością.

Kto był bardziej narażony na kradzież: biedota, która mieszkała wśród złodziei pod murami, czy bogaci, bo mieli majątek?

Trudno powiedzieć. Na pewno bogatym było łatwiej wywinąć się od kary, jeśli to oni popełnili przestępstwo. Na przykład żyjący na przełomie XIV i XV wieku patrycjusz Jakusz Stroen Wierzynek miał na swoim koncie napady i pobicia, a także kradzież monstrancji, co wówczas uznawano za okropną zbrodnię. Za taki czyn, czyli zbezczeszczenie kościoła, normalnie szło się na stos. Wierzynka jednak tylko wygnano, i to kilka razy, bo zawsze wracał. Niewiele jednak można było mu zrobić, bo miał popleczników w radzie. W XVI wieku z kolei w Krakowie rządził Krwawy Burmistrz, Erazm Czeczotka - oszukiwał, okradał, mordował, prowadził kilkanaście burdeli, urządzał orgie. Bardzo długo nikt nie mógł mu w żaden sposób zaszkodzić. W końcu z zamku przysłano wojewodę, który miał przesłuchać świadków przestępstw urzędnika. Burmistrz  zdołał go nakłonić, żeby przyszedł dopiero następnego dnia, w tym czasie zaś wywiózł świadków za miasto i podstawił swoich ludzi. Wojewoda niby zorientował się, że to nie są te same osoby, ale nie zareagował. Ci powiedzieli oczywiście, że burmistrz jest w porządku i nie ma się czego czepiać. A Czeczotka zamiast w więzieniu zmarł w jednej ze swoich łaźni podczas uciech.

Jeśli chodzi o niższe warstwy społeczne, to nie było oczywiście tak, że każdy biedny był złodziejem. Ale taka jest kolej rzeczy - jak jesteś biedny to kradniesz, a jak kradniesz, to stajesz się recydywistą. Pewien złodziej, zapytany na przesłuchaniu, dlaczego kranie, powiedział: mam jedno życie, jak ukradnę, to mnie powieszą, ale przecież jak ukradnę po raz kolejny, to nie powieszą mnie drugi raz, więc zanim mnie powieszą, nakradnę, ile się da.

Oprócz złodziei zawodowych, którzy żyli z tego procederu, było też sporo złodziei przygodnych, czyli na przykład ktoś ukradł jedzenie, bo był głodny. Takie osoby traktowano miej surowo. Ale wiele z nich zachęcało, że nie zostali złapani, więc przechodzili na tryb zarobkowy.

Czy w Krakowie funkcjonowała też przestępczość zorganizowana?

Zorganizowane grupy, gildie złodziejskie, działały głównie na zachodzie Europy. Chociaż mamy dowód, że w Lublinie również istniała taka nieduża gildia. Pewien złodziej zeznał, że wraz z innymi podlega przywódcy, Marcinowi, który ich szkoli, a w zamian za to zabiera część łupu. W Krakowie prawdopodobnie też była taka osoba, chociaż brak na to bezpośrednich dowodów. Działały oczywiście grupy złodziei, bardzo często rodzinne, na przykład pani Baranowa i jej dwaj synowie. Ona zajmowała się paserstwem, oni kradzieżami. Kraków był jednak w porównaniu z Europą Zachodnią na tyle małym ośrodkiem, że większość przestępców się znała. Jeśli planowałbym napad, to w pierwszej kolejności kierowałem się do gospody, czyli meliny, gdzie mogłem dogadać się z innymi złodziejami. Planowaliśmy, jak zorganizujemy całe przedsięwzięcie i gdzie potem sprzedamy łupy.

Struktura takich grup była więc, jak rozumiem, raczej płaska. Czy funkcjonowały też hierarchicznie zbudowane organizacje przestępcze?

Nie w takim znaczeniu, jak w innych zakątkach Europy. Mamy tu oczywiście proces szkolenia, w którym młody złodziej wchodzący do zawodu szkoli się u mentora. Musiał się od niego nauczyć chociażby mowy wełtarskiej. Tu ciekawostka, bo nie dość, że praktycznie każdy kraj miał swoją odrębną mowę złodziejską (również żebracy wypracowali własny język). Nikt nie chciał się przyznać do znajomości, więc ówczesnym organom ścigania udało się odkryć i zapisać 30-40 słów (na przykład "odkiwadła" - wytrychy albo "drzimka" - kradzież nocna). Miasta w Polsce nie były tak duże jak chociażby Paryż, w którym mieszkało 200 tysięcy ludzi, więc krakowscy przestępcy najczęściej mieli kontakty w Poznaniu czy Lublinie. Czasem przenosili się między miastami. 

Czy społeczności złodziejskie były całkowicie tajne i działały w podziemiu, czy też ktoś z zewnątrz mógł się do takiej grupy dostać?

Przede wszystkim strażnicy przenikali do tego świata. W końcu mieli z przestępcami bezpośredni kontakt, ścigali ich, ale często również sprzedawali im informacje. A mieli zwyczaj stołować się na Podzamczu, gdzie było najwięcej melin, raczej więc zdawali sobie sprawę z tego, co to za lokale. Taką osobą na pograniczu był również kat, który żył odrzucony przez społeczeństwo, jako wykonujący zawód infamii. Mieszkał w jednej z baszt przy ulicy Kociej albo Psiej. Z jednej strony był potrzebny, ale nikt nie chciał pełnić tej funkcji. Często zostawał nim przestępca, któremu mówiono: jeśli nie chcesz być ścięty, to sam zacznij ścinać. Miał więc od początku kontakty w półświatku. Przestępcy byli jedynymi ludźmi, którzy chociażby chcieli się z nim napić, bo gdy on użył kufla w karczmie, potem nikt inny już nie chciał tknąć tego naczynia. Kat i katowa byli wiec często paserami, ale władze miasta patrzyły na to przez palce, no bo niełatwo znaleźć kogoś chętnego sprawować tę funkcję. Dostarczał wszelkich magicznych artefaktów, na przykład sznury, które miały pomagać na potencję, mandragorę, rosła przy szubienicy, krew i zęby wisielców. Ludzie wierzyli, że to działa - a kupić mogli tylko u kata.

Wspomniałeś juz o rozbójniczce i katowej. Jak to wyglądało z kobietami w świecie przestępczym? 

Było ich sporo, chociaż oczywiście nie tak dużo jak mężczyzn. Bywały złodziejkami, paserkami, prostytutkami, działały samodzielnie lub w bandach. Mieliśmy też kobiety rozbójniczki, chociażby wspomniana już Wlekyne, jedna z największych rozbójniczek i postrach okolic Krakowa. Często działały razem ze swoimi partnerami, na przykład Frank Paternoster i jego żona Anna. Chociaż związki kobiet i mężczyzn w tym środowisku przeważnie były dość nietrwałe, mimo kary za cudzołóstwo. Pary wiązały się ze sobą we wspólnym celu rabunkowym, żyły razem jakiś czas, po czym się rozchodziły. Może i bali się kar niebieskich, ale brali z życia doczesnego jak najwięcej.

Na koniec opowiedz mi o swojej ulubionym przestępcy. Czy istniał ktoś, czyja historia najbardziej zapadła ci w pamięć?

Piszę na przykład o jedynym seryjnym mordercy z końca XVI wieku, Bieniaszu, który był grabarzem w Krakowie. Szalała zaraza, a grabarze chodzili po domach i zbierali ciała.  Nigdy nie wiadomo, w której rodzinie ktoś umrze, więc chodzili od domu do domu. Ryzykowali oczywiście, że się zarażą, ale mogli się również wzbogacić. Bieniasz, poza tym, że zbierał ciała, to że tak powiem, dodawał sobie kolejne... Podobno w ten sposób zabił sporo osób.

Mamy też zeznania pewnego przestępcy z XVIII wieku, który przyszedł się przyznać władzom, bo tak kazał mu ksiądz na spowiedzi. Sam poprosił o karę śmierci. Nie dość że był pedofilem, to zeznał, że miał kontakty z kundlem, krową, koniem, owcą i wiewiórką.

 

Karol Ossowski - absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego, historyk, mediewista, kulturoznawca. Związany z krakowskimi wydawnictwami Astra i Otwarte oraz czasopismem naukowym „Maska”. Aktualnie doktorant na Wydziale Historycznym UJ. Autor publikacji naukowych poświęconych krakowskiemu marginesowi społecznemu, kontaktom handlowym anglo-niderlandzkim, funkcjonowaniu jarmarków szampańskich czy wierze i postrzeganiu snów w średniowieczu. Prywatnie stały bywalec krakowskich księgarń. Kolekcjoner takich pozycji jak "Historia muchy", "Historia szczura" czy "Historia brzuchomówstwa". Wielki fan Agathy Christie, Terry’ego Pratchetta i J.R.R. Tolkiena.

Fot. Roman Śmiechowski

Dodane przez aleksandra.wen

Czy masz coś do dodania, chcesz o coś zapytać?
Komentarze (0)


(zabezpieczenie przed botami)

/1000 wykorzystanych znaków


Ostatnie patronaty
Popularne Tagi

Najaktywniejsi użytkownicy w tym miesiącu:

NovaeRes - 1211 ptk.
aleksandra.wen - 935 ptk.
Mery - 821 ptk.
fprefect - 732 ptk.
MrocznaCzytacz - 646 ptk.

zobacz pełny ranking

25381 książek
nasz cel: 30 000, do dodania pozostało 4619

2896 adaptacji
nasz cel: 3 000, do dodania pozostało 104

3942 autorów ze zdjęciami
nasz cel: 4 000, do dodania pozostało 58

Losowy cytat

"Przeznaczenie to nie wyroki opatrzności, to nie zwoje zapisane ręką demiurga, to nie fatalizm. Przeznaczenie to nadzieja."


Andrzej Sapkowski

Pani Jeziora
BookHunter.pl
O nas
Nasze logo
Punktacja
Do pobrania
Kontakt
Przyłącz się!
Zespół
Kogo szukamy?
Partnerzy
Wspólne cele
Dla wydawnictw
Współpraca
recenzencka

Patronat medialny
o BookHunter
Copyright © 2015 - 2017 by BookHunter.pl
O nas | Zbieraj punkty | Zespół | Regulamin | Kontakt