Error message here!

Error message here!

Zapomniałeś/aś hasła?

Error message here!

Error message here!

Error message here!

Error message here!

Zapomniałeś/aś hasła? Podaj swój adres e-mail.
Otrzymasz link, dzięki któremu zresetujesz hasło.

Error message here!

Powrót do logowania

Close

[Magazyn Książki] Jak się rodzą pomysły na Nobla

20 grudnia 2019

Ci, którzy odrzucali jej książki, teraz mówią: "Są genialne". Cóż, gdzieś w domu dla obłąkanych siedzi człowiek, który nie chciał wydać pierwszej płyty Beatlesów

Łukasz Pilip, Natalia Szostak

– Słucham, tu Olga Tokarczuk.

– Halo, nazywam się Adam Smith. Reprezentuję stronę internetową Nagrody Nobla. Gratuluję!

– Bardzo dziękuję... Ale wciąż jestem w samochodzie. Wieczorem muszę być w Bielefeld.

– To jak się pani dowiedziała?

– Zabawna sytuacja. Jedziemy przez Niemcy. A tu telefon od Akademii Szwedzkiej, kwadrans przed ogłoszeniem. Nie potrafię znaleźć odpowiednich słów... Nowe jest dla mnie to, że dostałam tysiące telefonów i wiadomości. Chciałabym więc znaleźć spokojne miejsce, hotel albo cokolwiek, i pomału na nie odpowiedzieć.

Tym razem śmieje się Smith, bo przypomina pisarce, że Akademia przyznała jej tytuł za opisywanie przekraczania granic jako formy życia. – I wydaje się, że pasuje to do pani.

Rozdział pierwszy, w którym głusza wzywa

Biały volkswagen wyrusza z Nowej Rudy i sunie pod górę. Pod jego kołami szeleszczą żółte liście. Przemyka obok rozklekotanych zagród, trzyma się środka wąskiej drogi. Wreszcie zwalnia na ostatnim wzniesieniu. To tu zaczyna się wieś Krajanów. Ciągnie się w pobliżu czeskiej granicy. Jesienny krajobraz środkowych Sudetów przypomina pocztówkę.

– Wjeżdżamy do świata Oli – oświadcza kierujący autem Karol Maliszewski, poeta i znajomy Tokarczuk. – Jej dom stoi w dolince.

Gdy debiutowała, on dorabiał jako redaktor lokalnej gazety. Publikował ogłoszenia z regionu, a pisarka poprosiła go o podsuwanie tych o sprzedaży ziemi. Maliszewski szukał, ona z pierwszym mężem Romanem jeździła i sprawdzała. Już, już mieli kupić dom w Woliborzu, też pod Nową Rudą, ale wreszcie stwierdzili, że stoi za blisko drogi.

– Oni chcieli – uzupełnia poeta – takiej głuszy jak w Krajanowie.

Dom kupili tam, gdzie kończyła się miejscowość. Poprzedni właściciele to byli dwaj bracia. Jeden był sołtysem. Zginął jednak przy pracy, po czym drugi nie chciał już tam mieszkać.

Tokarczuk sąsiadom przedstawiła się w „Gazecie Noworudzkiej”: „Kupiłam dom w Krajanowie k. Nowej Rudy i po jego remoncie zamieszkam w nim z całą moją rodziną”.

Mieszkanie na wsi to dla niej nie pierwszyzna. Wprawdzie urodziła się w Sulechowie, niewielkim mieście nieopodal Zielonej Góry, ale dorastała kilka kilometrów dalej, we wsi Klenica. Rodzina Tokarczuk mieszkała w myśliwskim pałacu Radziwiłłów z XIX w. o dwóch strzelistych wieżach. Budynek wyróżniało coś jeszcze – mieścił się w nim Lubuski Uniwersytet Ludowy. Jego pracownikami zostali rodzice małej Olgi. Matka Wanda uczyła polskiego, ojciec Józef kierował biblioteką i teatrem. Prowadził też zespół Kleniczanie. Tokarczuk uwielbiała korzystać z jego strojów. Najczęściej podbierała peruki, dzięki którym na chwilę mogła być na przykład Indianinem.

W bibliotece najpierw lubiła biegać, kryć się za regałami. Dopiero potem zaczęła też sięgać po książki. Czytać nauczyła się już przed szkołą. Przepadała za „W pustyni i w puszczy” i dwoma tomami „Baśni polskich”.

„Olga, nie zmyślaj!” – słyszy od małego. Ale ona wcale nie chce kłamać. Po prostu fantazja już wtedy w niej buzuje. Przez te książki?

– Miała tysiąc pomysłów na minutę! A my je realizowaliśmy. Wymyśliła bandy. Byliśmy podzieleni na dwie grupy, mieliśmy skarby, których bardzo strzegliśmy. Jedna banda przed drugą je chowała, druga szukała i zabierała. I Ola była właśnie główną prowodyrką tych działań – opowiadała „Gazecie Lubuskiej” koleżanka z ławki Danuta Woś.

Ale podstawówka to nie tylko poszukiwanie skarbów. Olgę spotkała wtedy pierwsza niesprawiedliwość. Nazwała ją „syndromem Waldka D.”, dotyczyła nierówności płci. Bo choć koledze Waldusiowi szło gorzej niż jej, to i tak dostawał fory od jednej z nauczycielek. Ten Waldek utkwił jej w głowie.

Samochód Maliszewskiego podskakuje na wertepach. Próbujemy przejechać przez pola, nie da się, zawracamy. Krajanów nie słynie ze świetnych dróg.

Gdy Tokarczuk tu się przeprowadziła, było nawet gorzej. Pełno dziur, zwężeń, zimą drogi stawały się zupełnie nieprzejezdne. Pisarka i jej mąż radzili sobie, jeżdżąc toyotą z napędem na cztery koła. Niemal co dzień wybierali się do pobliskiej Nowej Rudy. Tokarczuk stołowała się tam w barze mlecznym i szperała w lumpeksach.

W „Gazecie Noworudzkiej” dalej mówiła tak: „Przez 10 lat pracowałam jako terapeuta w szpitalu, m.in. z alkoholikami. Potem w moim życiu coś »pstryknęło« i poczułam zew Boży, by pisać. Początki były trudne. Pisałam w kuchni, po nocach, gdy położyłam spać dziecko. (...) Palę słabe papierosy i bardzo tego żałuję, bo mam z tego powodu zdrowotne perturbacje. Z innych używek – od czasu do czasu pozwalam sobie na kieliszeczek alkoholu. (...) Jestem feministką. Jeśli chodzi o kobiety piszące, to sądzę, że kobiety są od opowiadania, tworzenia historii. Mężczyźni niech bawią się w formy i eksperymentowanie. My nie mamy do tego amunicji, to mnie nudzi”.

Jak zapowiedziała, tak zrobiła. Zaczęła opowiadać historie. Choćby o Prawieku, miejscowości gdzieś w centrum wszechświata (a właściwie, no cóż, w samym środku Polski), i o życiach – czy też może „czasach” – mieszkających w nim ludzi. Opublikowany już po przeprowadzce „Prawiek i inne czasy” (1996) rozbił bank. Nagroda im. Kościelskich, Paszport „Polityki”, finał Nike i Nike Czytelników. Wyjechała na koniec Polski, a wtedy Polska dowiedziała się o jej istnieniu.

– Tadam! – ogłasza nagle rozradowany Maliszewski, gdy pieszo wdrapujemy się na płaskowyż. Pod nami Krajanów w otoczeniu drzew. – Proszę sobie wyobrazić to zimą. Te białe pola i dachy. Ale do Oli bardziej pasuje mi wiosna albo jesień. Albo wiatr. Właśnie, nieźle tu wieje, co? Uciekamy na dół.

Rozdział drugi o dziewczynie Kolbą zwanej

„Czarne wrony czarno kraczą, w czarnych barwach widzą świat” – śpiewa grupa licealistek. Jedna z nich to Kolba. Wyróżnia się. Ubrana to w niebieskie, robotnicze spodnie na szelkach, to w poncza robione przez ojca na drutach. I dwie różne skarpetki – bo tak.

Olga, to znaczy Kolba – tak na nią teraz wołają – mieszka w Kietrzu (sześć tysięcy mieszkańców, też przy czeskiej granicy), gdzie z rodzicami i siostrą wyprowadziła się jako dziesięciolatka. Miasto słynie z fabryki dywanów. To w uniformie jej pracownic Tokarczuk przechodzi połowę liceum.

„Byłam dziwoląg i ogólnie przyjęte sposoby akcentowania kobiecości zupełnie mnie nie brały” – przyzna w jednym z wywiadów.

Znalazła się w klasie B, ale z kolegami przemianowała ją na klasę K. Od imienia wychowawczyni Krystyny Kuśnierz. – Olga to była dziewczyna od wszystkiego – emerytowana biolożka ścisza telewizor, który przeszkadza w rozmowie.

Bunt? Proszę bardzo. – Utwór o wronach był dwuznaczny, ryzykowny i odważny. Nawet trochę za bardzo jak na lata 70. – wychowawczyni brzmi, jakby nadal ją to trochę martwiło. Więc od buntu przechodzimy dalej.

Nauka? Pewnie. Uwielbiała biologię, ale polonistka zawsze powtarzała: „Olga pięknie pisze”. Potrafiła się też przemawiać z nauczycielami, walczyć o własne zdanie.

Aktywność? Ależ oczywiście. Były „Czarne wrony”, z którymi występowała w całym województwie, była szkolna gazetka „Stropak”, którą współprowadziła i wywieszała na korytarzach. Przewodniczyła też samorządowi uczniowskiemu, brała udział w pokazowej lekcji na temat dojrzewania.

Wraz z kilkoma kolegami z klasy została nawet wyróżniona pod koniec szkoły. Dostała bilet wstępu na każdą uczelnię bez egzaminów. Prawdopodobnie żeby to uczcić, w sierpniu wybrała się do Kielc. Na dworcu znalazła fryzjera, który obciął ją na zapałkę.

Rozdział trzeci, w którym gdzieś trzeba wstawić słowo „się”

Czternastolatka zaczyna słyszeć głosy. Jest ich wiele, to cały chór. Skąd dochodzą? Nie z jadalni, nie z korytarza ani z żadnego pokoju. Te głosy są w niej samej. Zaczyna widzieć duchy. Ale spokojnie, to część biografii nie Olgi Tokarczuk, tylko opisanej przez nią Erny Eltzner, bohaterki powieści „E.E.” (1995), która odkrywa, że ma nadzwyczajne umiejętności. „Próbowała wsłuchać się w gwar, lecz im bardziej chciała skupić uwagę, tym bardziej źródło głosów przesuwało się gdzieś w bok i rozmazywało w szum i bełkot”.

Dobrze oddała tajemnicę procesu dojrzewania. Nic dziwnego, sama przecież w tym czasie też odkryła w sobie niezwykłe moce. Jako dwunastolatka zanotowała pod koniec opowiadania o czarownicach: „Zostanę pisarzem!”. Z czasem okaże się zresztą, że pisanie ma też coś wspólnego ze słuchaniem duchów.

Zadebiutowała jeszcze w liceum. Maliszewski w 1979 r. kartkował rubrykę Klubu Młodych Autorów w czasopiśmie „Na Przełaj” i trafił na opowiadanie „Pieśń o psim powstaniu” Nataszy Borodin. Zapamiętał te wędrujące psy. Spojrzał jeszcze na datę urodzenia autorki. Na moment się zatrzymał. „Jak siedemnastolatka może pisać tak magiczne, dojrzałe rzeczy?”. Dopiero później się dowiedział, że pod pseudonimem ukrywała się Tokarczuk.

W niedawnym wykładzie, który Maliszewski wygłosił o niej w Lesznie, opowiedział o początkach jej twórczości. O tym, jak skrupulatnie notowała świat. Choćby najmniejszą czynność. Że zjadła. Że zasiadła do biurka. Że musiała wyjść z domu. Przypomniał też jej słowa z podręcznika „Jak zostać pisarzem”, którego był współautorem. Mówiła w nim: „Pisanie zaczęło dziurawić moje życie. (...) Chorobę taką nazywa się logofilią, czyli koniecznością i przymusem pisania jako sposobu ratowania się przed zapaścią absurdu”.

Powieściowa Erna swoje umiejętności traci, młoda Olga własne odłożyła na półkę. Stwierdziła, że nie da się wyżyć z wierszy czy opowiadań. Zresztą trochę odstraszał ją brak filologicznego wykształcenia. W rozmowie z Maliszewskim przyzna kiedyś, że przez to wahała się, gdzie wstawić „się”: przed czasownikiem czy po?

Trzeba mieć poważny zawód. Dlatego wybiera psychologię kliniczną na Uniwersytecie Warszawskim. Fascynowała ją filozofia Carla Junga. Czytając go, czuła, że odkrywa w sobie coś, czego nie potrafiła nazwać. „To, co pisał Jung, wydało mi się zrozumiałe i bliskie. Nie wymagało ode mnie wyrzeczenia się intelektu, nawyków myślenia, (...) odwoływało się do moich pierwszych doświadczeń z pacjentami, z szacunkiem i uwagą odnosiło się do snów, zawsze bardzo ważnych w moim życiu” – pisała w „Tygodniku Powszechnym”. (Lata później inspiracji Jungiem krytycy będą się doszukiwać w historii Erny Eltzner).

Miała 24 lata, gdy z mężem, również psychologiem, przeprowadziła się do Wałbrzycha. Zamieszkali u jego rodziców, za chwilę urodził im się syn. Pisanie? Dobre sobie.

Z Romanem prowadzili grupę wsparcia dla alkoholików, Olga zatrudniła się jeszcze jako terapeutka w miejscowej poradni zdrowia psychicznego. No i dziecko. Któregoś dnia, gdy próbowała pisać, mały Zbyszko, patrząc jej w oczy, złapał cukiernicę i wysypał na dywan jej zawartość. – Uznałam, że gdzieś zawalam. Pisanie jest niestety zawodem niemiłym dla rodziny, bo trzeba się odseparować fizycznie i umysłowo. Dziecko widzi matkę, która jest w innym świecie, choć siedzi w pokoju obok – wspominała w jednym z wywiadów.

W ten sposób pisanie stało się „wstydliwym hobby”.

Rozdział czwarty, w którym Pluton jest tranzytowany przez Saturna

I tak mogło pozostać, gdyby nie planety, które w 1989 r. przemieściły się i stworzyły wyjątkowy układ. Mówiła o tym tak: „Coś się zmieniło we mnie, poza mną. (...) mój Pluton, planeta na moim ascendencie, był tranzytowany przez Saturna. Zdarza się to raz na 28 lat i oznaczać może ważne rzeczy”.

A żeby te ważne rzeczy mogły się wydarzyć, musi wyjść z siebie. Wyjechać.

Podróżuje więc – do Londynu. Jest koniec lat 80. Najpierw pracuje w fabryce anten. Potem łapie lepszą fuchę – zostaje pokojówką w hotelu. Ścieli łóżka, wymienia ręczniki, myje lustra. W hierarchii podskakuje na piętrową. Awans oznacza zamianę fartucha na sukienkę. Od tej pory zarządza tymi, którzy sprzątają. Kierownictwo wróży jej wielką karierę w hotelarstwie.

A po pracy pisze. „Moje jest całe drugie piętro w każdy weekend. Przychodzę na ósmą i nie muszę się śpieszyć, bo o ósmej wszyscy bogaci ludzie jeszcze śpią” (to „Numery”, pierwsze opowiadanie, które podpisze swoim nazwiskiem).

Ale Londyn to przede wszystkim szok kulturowy. Poznaje szalone, punkowe miasto. Idzie do British Museum, z którego nie chce już nigdy wyjść. Próbuje awokado. Z braku pieniędzy książki czyta w księgarniach. Idee, o których w Polsce się nie mówiło, buzują jej w głowie.

„To rzeczywiście zrobiło na mnie wrażenie (...). Cały świat zmieszczony na stronicach kilku ksiąg”. To już z „Podróży ludzi Księgi”, jej pierwszej powieści. Przygodowa historia o wyprawie po skarb – Księgę, którą ludziom dał Bóg. Na jej poszukiwanie wyrusza osobliwa drużyna: kurtyzana, markiz zajmujący się alchemią, przytłoczony rodziną bankier, niemy woźnica i żółty pies.

– Z pisania pierwszej powieści pamiętam bolesne zmaganie się z formą, trudności w zapanowaniu nad postaciami, zmaganie się z konsekwencją w narracji. Pisanie to była męka. Zwłaszcza że pisałam na maszynie. To był zupełnie inny sposób podejścia do opowiadania – mówiła w jednym z wywiadów. Ale gdy skończyła, przyszło oczyszczenie.

Ulga nie trwa długo. Świat na jej książkę nie czeka (XVIII-wieczna Francja? Jakaś Księga? Dziwni bohaterowie? Halo, tu Ziemia, jest początek lat 90., może coś o transformacji?). Wydawcy zgodnie odrzucali „Podróż...”.

Ale o książce usłyszał Maliszewski. Kazał Oldze przyjechać do Nowej Rudy i publicznie przeczytać fragmenty. Zaraz, jak to? Na spotkaniach poetów mam przedstawiać własną prozę? – dziwiła się. Więc tłumaczył: „Piszesz tak poetycko, że jako jedyna w naszym gronie możesz to robić”.

No i zrobiła. A zaraz po tym znalazł się wydawca. W Przedświcie, który publikował autorów niezależnych i często zablokowanych przez cenzurę, książka trafiła do redakcji. Redaktorka sprawdzała z Olgą fakty zawarte w powieści. Na jakiej wysokości rośnie lawenda. Czy we Francji można spotkać dziką porzeczkę. Albo kiedy Pireneje są zaśnieżone. „Długo to trwało. Wreszcie książka ujrzała światło dzienne”. Był 1993 r. Rok później „Podróż…” dostała nagrodę Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek za najlepszy debiut. Niedługo po premierze Tokarczuk zwierzyła się Maliszewskiemu: – W Nowej Rudzie jest magia. Moje problemy tu znikają. Czytam u was powieść i w miesiąc znajduję wydawcę. Muszę w tym mieście namaszczać każdą kolejną książkę.

Rozdział piąty, w którym każdy chce zostać bohaterem

Powie potem, że nie czekała na „żadne wiejskie przeobrażenia”. I że to nie mieszkańcy Krajanowa przytulili się do niej, tylko ona do nich. Do jednego z pierwszych przytuleń doszło w 1996 r. Wtedy we wsi zapalił się dom Małgorzaty. Ona i jej mąż byli w pracy, dzieci – w szkole. Na szczęście pożar objął tylko dach, resztę oszczędził. Żeby go odbudować, gmina udostępniła rodzinie drzewa z lasu. Mogli je sobie wyciąć i przerobić na krokwie. Problem w tym, że były mokre. Z pomocą przyszła Tokarczuk.

– Dzień dobry – zagadała, wchodząc na ich podwórko. – Jestem nową sąsiadką. Słyszałam o pożarze. Nie potrzebujecie pomocy? Mam suche krokwie, mogę dać.

Zdziwili się. Nie dość, że nowa twarz we wsi, to jeszcze oferuje coś za darmo? Krokwie wzięli. Dopiero później ludzie powiedzieli im, że to „od pisarki”.

Rok później, w wakacje, Tokarczuk na jakiś czas opuściła Krajanów. Klucze zostawiła Maliszewskiemu i poradziła, żeby wprowadził się do niej z dziećmi. W ramach podziękowań porąbał drewno, wysprzątał dom, dbał też o jej dwa psy. A gdy zabrakło roboty, zaczął się nudzić. Pomyślał, że w takim razie nauczy się obsługiwać komputer, na którym pisała Olga. Nie wiedział, jak uruchomić sprzęt, więc poprosił syna. Następnie oddelegował go do spania. Już sam trafił myszką na jakiś plik. Klik, klik. I otworzył wersję roboczą „Domu dziennego, domu nocnego”.

Tokarczuk pisze w niej o „nierównej przestrzeni doliny”. O parze, która kupuje dom na Dolnym Śląsku. „Cały pierwszy dzień obchodziliśmy swoją ziemię. Gumowce zapadały się w gliniasty grunt. Ziemia była czerwona, ręce brudziły się na czerwono, a gdy się je myło, płynęła czerwona woda”. Słowem – powieść niby o fikcyjnej miejscowości Pietno, ale przecież o Nowej Rudzie i okolicach.

Maliszewski nie mógł się oderwać. Choć się tu urodził, do tej pory nie potrafił tak opisać tego miejsca. „A ona, ta obca, przybłęda, otworzyła mi głowę jednym pociągnięciem pióra” – powie potem.

Gdy właścicielka domu wróciła, zagadnął:

– Olu, rany boskie, ty już z Nowej Rudy zrobiłaś literaturę?

– No, żyje się w niej. Ale nie powinieneś był tego czytać – rzuciła (bez złości).

Powieść ukazała się rok później – w 1998 r. W regionie się zagotowało. Na spotkaniu autorskim miejscowi zarzucali pisarce: dlaczego pisze pani, że tu taka brzydota? Że po mieście chodzą pijane matki z dziećmi w wózkach? Że błąkają się psy, a górnicy wyglądają jak z makijażem, bo nie mogą domyć pyłu pod oczami? Maliszewski, prowadzący większość lokalnych spotkań z Tokarczuk, bronił jej: „Słuchajcie, nieraz szpetota przeradza się w piękno. Nie traktujcie książki dosłownie. To dzieło sztuki”.

No ale jak nie brać go na serio, kiedy w „Domu...” rozpoznawali cechy niektórych sąsiadów? Zresztą wielu chciało w książce wystąpić, tzn. zaczęło zgadywać, kto jest kim. Przez rozciągnięty sweter książkowej Marty namierzyli panią z Krajanowa. Z kolei Taki-a-Taki pasował im do starszego pana, który przychodził do pisarki i krzyczał:

– Olha, masz niepotrzebne pięć złotych?!

– Na chleb?

– Tak.

– To trzymaj.

Gdy jakiś czas później Maliszewski maszerował polami do pisarki, natrafił na sąsiada. Leżał pijany w rowie, nie mógł wstać. Było zimno i ciemno, podniósł mężczyznę i podprowadził go do domu. W drodze ten zdążył jeszcze wymamrotać: – Ja, ja, ja jestem Bobol z książki Tokarczuk.

„Martwi mnie szukanie odniesień i sprowadzanie fikcji literackiej do rzeczywistości. Ale z drugiej strony to pokazuje, że ta książka żyje własnym życiem” – podsumowała kiedyś. Wiele lat później, gdy zdobyła odznaczenie „Zasłużona dla Powiatu Kłodzkiego”, wyznała jeszcze, że jest wdzięczna tej ziemi. Wszystko tam do niej szepcze. A ona po prostu musi to opisać.

Rozdział szósty: papierowe majtki i bigos mieszany artystyczną rączką

Wsiąknęła w Krajanów.

Małgorzata, której dom się palił i która za kilka lat zostanie sołtysem, spotykała ją na zebraniach wsi. Odbywały się w świetlicy. Mieszkańcy zasiadali przy pięciu stolikach i dyskutowali o bieżących sprawach. Był 1998 r. Pisarka niepewnie zaproponowała im festyn.

– A co można na nim robić? – skwasili się.

– Przygotowalibyśmy loterię fantową.

– I kto będzie żebrał w sklepach o fanty? – dociekali. – Przecież sami nie damy. Bezrobocie jest. Kopalnia upadła, zakłady jedwabnicze też. Kilka tysięcy ludzi z okolic nie ma pracy.

– Każdy trzyma w domu jakiś niechciany prezent. Przepatrzcie strychy. Na pewno coś znajdziecie.

Posłuchali. Zabawę nazwali „Festynem na krańcu świata”. Przynieśli stare kryształy, figurki porcelanowe po dziadkach. Dodatkowo panie z koła gospodyń upichciły bigos. Tokarczuk podrzuciła: skoro bigos, to i smalec z kiszonym ogórkiem. No nie, zwariowała! – zareagował Krajanów. Ludzie tłumaczyli, że takie rzeczy się jadło, kiedy szalała największa bieda. I że nikt ich nie tknie. – Ale w końcu zrobili ten smalec. I co? Wszyscy się na niego rzucili – śmieje się Małgorzata.

Za to coś innego nie miało wzięcia. Tokarczuk specjalnie na tę okazję przygotowała chińskie danie. Bez mięsa, bo była już wegetarianką. Wielu chciało spróbować nowych przypraw, ale potem ukrywało pełne talerzyki, żeby nie urazić pisarki.

Każda kolejna impreza była sukcesem. O tej z 2003 r. pisano: „A w kuchni uwijał się jak w ukropie pan Antoni, któremu dzielnie pomagała najsłynniejsza mieszkanka Krajanowa, czyli Olga Tokarczuk, oraz kilka innych zaangażowanych młodych osób. Placki po węgiersku, bigos, leczo, gołąbki i ciasta miały niesamowite wzięcie. Bo przecież wypadało spróbować bigosu mieszanego artystyczną rączką…”.

Dzięki Oldze do Krajanowa zaczął też zjeżdżać świat. A ona każdego gościa traktowała jak swojaka.

Tłumaczka książek Tokarczuk na angielski Antonia Lloyd-Jones po raz pierwszy przyjechała tam ponad 20 lat temu. Było lato, na Dolny Śląsk zaprosił ją Adriaan van Rijsewijk, znajomy z Holandii. Roztaczał kuszącą wizję pięknego domu gdzieś w głuszy. Lloyd-Jones dała się przekonać, ale na lotnisku we Wrocławiu okazało się, że wszystko jest nie tak: dom Adriana był w remoncie, do tego zaginął bagaż Antonii. Wtedy Adrian zaproponował, że pojadą do jego znajomej.

– No i zobaczyłam ją po raz pierwszy. Olga wiedziała już, że nie mam walizki, więc od razu w drzwiach wręczyła mi piżamę, szczoteczkę do zębów i papierowe majtki – wspomina Lloyd-Jones. – To jest do dziś dla nas wielka tajemnica, skąd je miała.

Pisarka od razu załatwiła tłumaczce nocleg u sąsiadów, bo jej własny dom już był pełen gości. – Zrobiło na mnie wrażenie, że potrafi być tak szczodra i czuła wobec nieznanej osoby, która nagle pojawia się u niej w domu. Panowała tam niezwykła atmosfera. Pełno ludzi, którzy mogą się poznać, odpocząć, pogadać, wypić szklankę wina, a nawet razem pośpiewać. Przez kilka lat jeździłam tam co roku.

A gdy goście wyjeżdżali, Olga wyciągała zwoje szarego papieru, na których rozpisywała swoje powieści, i siadała do pisania.

Rozdział siódmy, w którym ginie żmija

„To dobry człowiek, bo nawet psy na nią nie szczekają” – opisywali Tokarczuk dziadkowie Małgorzaty. Może zwierzęta pamiętają, że im pomogła? Na którymś zebraniu zasugerowała, żeby nie przywiązywać ich do budy. Mieszkańcy spróbowali. Odtąd zwierzaki biegały luzem.

– Mało tego, Oli pies miał dwanaścioro szczeniąt z suczką sąsiadów – dodaje Małgorzata. – Gdyby nie ona, skończyłyby w rzece. Ale wszystkim znalazła dom. Jednego, takiego rudego, sama przygarnęła. Dała mu na imię Lisek. Gdy cała wieś zobaczyła, jaka jest skuteczna, zaczęła jej podrzucać kolejne szczeniaki. I ona znowu szukała im domów.

„O kraju świadczą jego Zwierzęta. Stosunek do Zwierząt. Jeżeli ludzie zachowują się bestialsko wobec Zwierząt, nie pomoże im żadna demokracja ani w ogóle nic” – stwierdza Janina Duszejko, bohaterka „Prowadź swój pług przez kości umarłych” (2009). To po trosze kryminał, a po trosze – moralitet o prawach zwierząt. Jak to w powieści kryminalnej, trup ściele się gęsto. Ludzki. Jeden po drugim giną myśliwi. Czy to możliwe, że ich śmierć jest zemstą zwierząt – zajęcy, borsuków, saren – buntujących się przeciwko okrutnym ludziom?

Lokalna policja kpi sobie z Duszejko, dla której zwierzęta są równie ważne jak ludzie. W prawdziwym życiu niektórych śmieszą też poglądy Tokarczuk. Gdy – już po Noblu – na festiwalu Brunona Schulza powiedziała, że jest przekonana, iż za 50 lat będziemy się wstydzić, że kiedyś jedliśmy mięso, prawicowa prasa się obruszyła, bo przecież to człowiek powstał na Boski obraz i podobieństwo, to człowiek usłyszał, że ma uczynić sobie ziemię poddaną!

Dla Tokarczuk liczą się nie tylko urocze zwierzątka pokryte futrem. Szanuje nawet żmije. Pełno ich w Krajanowie. Kiedyś jedna wpełzła na grządki Małgorzaty. Ta pokazała ją mężowi, a on za łopatę i ciach! Potem opowiedziała o tym Tokarczuk:

– Jezu, jaką żmiję uśmierciliśmy na grządkach!

– Wiesz, że ona jest pod ochroną?

– Ale myśmy jej w lesie nie zabili. Tylko u siebie.

– A rzuciła się na was?

– No, nie.

Małgorzata z powrotem w domu mówi mężowi: „Zabiliśmy zwierzę. Ale wstyd”.

Żałowała, że coraz rzadziej widywała pisarkę. Bo tej przybyło obowiązków: zagranicznych stypendiów, spotkań autorskich. Do Krajanowa zjeżdżała głównie latem. Resztę roku spędzała w kupionym we Wrocławiu mieszkaniu. Poza tym się rozwiodła. I za jakiś czas ponownie wyszła za mąż – za Grzegorza Zygadłę.

Raz Małgorzata spotkała ją w Poznaniu. Był 2014 rok, pojechała do mieszkającej tam córki. Akurat w tym samym czasie odbywało się w mieście spotkanie z Tokarczuk wokół „Ksiąg Jakubowych”. Kupiły książkę do podpisu. Pierwszy szok: na widowni setki osób. Nie to co w bibliotece w Nowej Rudzie. Drugi: tłum ustawił się po autograf. One też. Jednak między podpisami Tokarczuk podniosła głowę i dojrzała je w kolejce. Zaraz do nich podbiegła, przytuliła je i wycałowała.

– Dzieci się ze mnie śmieją, bo im powtarzam: jestem dumna, że żyłam w czasach Jana Pawła II i Olgi Tokarczuk. Rzadko spotyka się tak dobrych ludzi. Moje dwa autorytety – wzrusza się Małgorzata.

Rozdział ósmy, w którym Olga rusza w świat, a on wybrzydza

Świat zaczął się interesować Tokarczuk, zrazu nieśmiało, by wreszcie zupełnie na jej punkcie zwariować.

Ta historia ma wiele początków – co najmniej 193. Tyle razy w sumie przetłumaczono jej książki. Nawet na chiński, turecki, wietnamski, hindi, albański – w sumie jest ich 37. W najbliższych miesiącach dojdzie kolejnych 12.

Ale jak każda porządna success story ta opowieść nie składa się tylko z happy endu.

– Wydawców trudno było przekonać do książek Olgi. Albo nie odpowiadali na maile, albo narzekali: „To jest proza eksperymentalna”, „Nie wiadomo, co będzie dalej”. Nie czuli, że to się da sprzedać – wspomina Antonia Lloyd-Jones.

Na angielski przełożyła trzy książki Tokarczuk, a przysłużył się temu właśnie Adriaan, ten sam Holender, który zawiózł ją do domu pisarki. To on – ówcześnie międzynarodowy agent Tokarczuk – wychodził publikację „Domu dziennego, domu nocnego” w Wielkiej Brytanii. Był 2002 r.

Tyle że książka przeszła niemal bez echa. Podobnie „Prawiek”, który ukazał się osiem lat później. Wydawało się, że Anglicy tej prozy po prostu nie czują.

Minęły kolejne lata, wreszcie w 2017 r. po angielsku ukazują się „Bieguni” w tłumaczeniu Jennifer Croft. Nie ma szans, znowu „dziwna” powieść! A właściwie zbiór przeplatających się historii dotyczących podróży, pozostawania w ruchu, przekraczania granic. Brytyjski wydawca (mała oficyna Fitzcarraldo) szukał książki, która byłaby aktualna w kontekście zbliżającego się brexitu, zamykania się Wielkiej Brytanii na świat. Trafił w dziesiątkę.

„Stewardesy, piękne jak anioły, sprawdzają nasze kompetencje do podróży (…). W ich uśmiechu ukryta jest, jak się nam zdaje, jakaś obietnica, że być może urodzimy się ponownie i tym razem będzie to właściwy czas i właściwe miejsce” – pisze Tokarczuk w „Biegunach”. I zdarza się cud.

Lloyd-Jones: – Tej książce sprzyjał szczęśliwy układ gwiazd. W 2017 r. Polska została gościem honorowym na Targach Książki w Londynie, co dawało szansę na promocję. Olga była najważniejszym gościem polskiego pawilonu, a spotkanie z nią poprowadziła słynna pisarka Deborah Levy. Przyszło sporo ludzi.

W nękanej politycznym kryzysem Wielkiej Brytanii „Bieguni” trafiają na podatny grunt. „Guardian” pisze, że trudno sobie wyobrazić „lepszego towarzysza podróży w tych gwałtownych, fanatycznych czasach” i że egzemplarz książki powinien leżeć na nocnych stolikach na całym świecie. Inne gazety są równie entuzjastyczne. O książce się mówi. I dostaje nominację do międzynarodowego Bookera, najbardziej prestiżowej brytyjskiej nagrody literackiej.

Maj 2018 r. Tokarczuk siedzi na tylnym siedzeniu samochodu w balowej sukni, trochę ściśnięta między mężem i partnerem Jennifer (która robi zdjęcie). Jadą do Muzeum Wiktorii i Alberta w Londynie na galę finałową Bookera. Suknia pisarki uszyta jest z kobaltowego jedwabiu. Spod niej wygląda podszewka zadrukowana ryciną z wędrowcem na krańcu Ziemi wychylającym się poza horyzont i spoglądającym na kosmos („to wydało mi się cudowne i prowokacyjne, boginiczne”). Strój uzupełniają trzewiki sprzed prawie stu lat, podobne do tych, które nosiły sufrażystki („Lubię but, którym można przykopać, a który jednocześnie jest fantazyjny i nieoczywisty”). W uszach – kolczyki, które kupiła, gdy pracowała w Londynie jako pokojówka.

Nie wiadomo, który z tych elementów przyniósł szczęście, ale „Bieguni” zdobywają nagrodę. Olga wychodzi na scenę. Podnosi ręce w geście triumfu.

I wszystko się zmienia. Jej książki są wznawiane w krajach, w których dotąd nie bardzo chwyciły, na przykład w Niemczech. A w USA „Bieguni” dostają nominację do National Book Award.

Lloyd-Jones może wreszcie triumfować. – Po Bookerze ci sami wydawcy, którzy wcześniej odrzucali książki Olgi, mówią mi: „One są genialne”. A ja odpowiadam: „Mówiłam wam to siedem lat temu!”. No cóż, jest taka legenda, że gdzieś w domu dla obłąkanych siedzi człowiek, który nie chciał wydać pierwszej płyty Beatlesów.

Rozdział dziewiąty o pewnym dniu, który wszyscy zapamiętali

Irek Grin, szef Wrocławskiego Domu Literatury, przyjaciel Tokarczuk, odebrał od niej telefon w tamten czwartek, dzień ogłoszenia dwójki laureatów literackiego Nobla. Chciała coś ustalić. A on: „Uwaga, rzucam słuchawkę, o trzynastej będziesz mieć ważniejsze rozmowy”. Zanim się rozłączył, zdążyła odpowiedzieć, że jest fantastą. Chwilę później otrzymał wiadomość od jej męża: „Panie Proroku”.

W Wydawnictwie Literackim, z którym pisarka jest związana od 18 lat, właśnie trwało zebranie. Obecni: prezes, zarząd, redaktorzy, dział promocji. Dzwoni Tokarczuk: „Dostałam wiadomość ze Szwecji”. Zaczęli padać sobie w ramiona i płakać. Skandowali: „Olga! Olga!”.

Małgorzacie, byłej sołtys Krajanowa, wiadomość przekazała córka. „Mamo, nie uwierzysz. Ola ma Nobla!”. Aż zaczęła płakać nad obiadem, który właśnie przygotowywała.

A Jan Henrik Swahn, autor 11 powieści i przekładu „Ksiąg Jakubowych” na szwedzki, był w centrum Sztokholmu i na telebimie oglądał, jak sekretarz Akademii Szwedzkiej Mats Malm odczytuje: „Nagroda Nobla za rok 2018 zostaje przyznana polskiej autorce Oldze Tokarczuk”.

Wtedy komórka w kieszeni Jana Henrika zawibrowała. – Telefon nie przestawał dzwonić przez trzy dni. Próbowałem zadzwonić do Olgi i jej pogratulować, ale cały czas było zajęte. Pomyślałem: „Co ja jej zrobiłem”.

Rozdział dziesiąty, w którym odkrywamy, że miejsca w kalendarzu brak

„Księgi Jakubowe” – prawie tysiąc stron o charyzmatycznym kupcu Jakubie Franku, który w XVIII w. przekonał część Żydów z Podola, że jest Mesjaszem – to niezwykłe osiągnięcie sztuki powieściowej. I bardzo podobały się w Szwecji.

„Olga Tokarczuk, wykorzystując wiele różnych form narracji, błyskotliwie odmalowała zarówno epokę, jak i żyjących ówcześnie ludzi i ich idee” – zachwycali się przed trzema laty jurorzy Międzynarodowej Nagrody Literackiej przyznawanej w Sztokholmie. W pierwszej edycji nagrodzili właśnie Tokarczuk i Swahna. Reakcja pisarki? „Czuję się, jakbym dostała Nobla!”. No i wykrakała.

Swahn jest dumny, że do nagrody Olgi dołożył swoją cegiełkę. – Członkowie Akademii musieli przeczytać jej książki także po francusku czy angielsku. Chcieli sprawdzić, czy rzeczywiście są tak dobre, czy też ja je tak dobrze przetłumaczyłem – mówi poważnie.

– Naprawdę? – pytamy. – Nie. To taki żart – odpowiada Swahn tym samym tonem.

Na kilka miesięcy przez Noblem z biblioteki Akademii Szwedzkiej na Starym Mieście w Sztokholmie sukcesywnie znikały powieści Tokarczuk. A członkowie Akademii rzadko kiedy czytają książki tylko dla przyjemności. Skoro sięgają po powieści polskiej autorki, to znaczy, że rozważają jej kandydaturę – można było przeczytać na jednym z literackich forów internetowych.

– Żadnych plotek w Sztokholmie nie było – zaprzecza Swahn. – Ale ja i tak wiedziałem, że Olga ma szansę na nagrodę.

20 lat wcześniej żona Swahna poszła do wróżki, która przewidywała przyszłość, czytając z ręki. Kobieta powiedziała, że widzi, iż jej rodzina „będzie uganiać się za Noblem”. – Zastanawialiśmy się, co to znaczy. Kilka lat temu zrozumiałem, że chodzi o Olgę.

I dodaje, że Nobel działa. Niedawno w Szwecji ukazał się uzupełniony zbiór opowiadań Olgi. Przed nagrodą sprzedało się kilkaset egzemplarzy. Teraz książka jest na liście bestsellerów.

Nagroda spowodowała coś jeszcze – lawinę gratulacji, zaproszeń i wywiadów. Dzwoniły największe media świata. – A ja byłem tym, który osobiście je skreślał – żartuje Irek Grin. Bo przez pierwsze dwa tygodnie po ogłoszeniu wyników pełnił nieoficjalnie funkcję sekretarza noblistki. Ustalił razem z nią, że do końca roku nie ma czasu na wywiady. Trzeba przecież pisać mowę i przygotować się do tygodnia noblowskiego.

Następnie jego rolę przejęła Iryna Wikyrczak, ukraińska menedżerka kultury. Z Tokarczuk poznała się na festiwalach literackich. Tydzień po Noblu, w weekend, dostała od niej SMS-a z prośbą o rozmowę. W środę wylądowała już w Polsce jako jej sekretarz. Spotkały się we Wrocławskim Domu Literatury.

– Prędko się okazało, że nie ma czasu na luźną rozmowę. Zaczęliśmy natychmiast pracować. Skończyliśmy o pierwszej w nocy. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie: tu jest tyle roboty, a przecież ja spakowałam się w plecak tylko na dwa dni. Muszę wrócić do Lwowa i zabrać trochę cieplejszych ubrań – opowiada Wikyrczak.

Jak wygląda jej codzienność? Trochę jak praca Świętego Mikołaja w grudniu – listy z całego świata walą drzwiami i oknami, a każdy czegoś chce.

Wikyrczak współpracuje ze Szwedami, aby ułożyć program tygodnia noblowskiego. Na każdy dzień planują po dwa, trzy wydarzenia. Poza tym prowadzi kalendarz pisarki. Cały następny rok jest zapchany. Zaproszenia przychodzą już na 2021.

...

– Dzień przed Noblem rozmawiałem z Olgą. Była w trasie po Niemczech z „Księgami Jakubowymi” i nie chciała słyszeć o żadnej nagrodzie – mówi Sebastian Nowak z WL-u. – Ale na chwilę przed werdyktem sama zadzwoniła. Następnego dnia wsiadłem w samolot do Düsseldorfu, żeby ją wspierać na konferencji. Gdy się skończyła, wyszliśmy przed budynek, żeby chwilę odpocząć. Odpaliliśmy papierosa. Staliśmy akurat przed księgarnią, gdzie wisiały plakaty z jej twarzą. Nagle obok przeszła wycieczka. Wszystkich siedem osób poprosiło Olgę o zdjęcie.

Kiedy odeszły, powiedziałem jej: „Widzisz, to już”.

Korzystaliśmy m.in. z notatek K. Maliszewskiego, jego rozmowy z Tokarczuk w „Nowym Nurcie”, kroniki prowadzonej w Krajanowie, artykułu B. Kęczkowskiej „Mam opór wobec mody” w„WOE”, wywiadu W. Nowaka z Tokarczuk dla „WO”, rozdziału książki „Pod podszewką” Z. Karaszewskiej I S. Stano, artykułu M. Kapały i N. Dyjas w „Gazecie Lubuskiej” i tekstu Tokarczuk „Świat z odwrotnej strony” w „Tygodniku Powszechnym”

Od 6 grudnia w „Gazecie Wyborczej” relacje z Tygodnia Noblowskiego prosto ze Sztokholmu

 

Żródło: Materiały prasowe "Magazynu Książki"

Dodane przez aleksandra.wen

Czy masz coś do dodania, chcesz o coś zapytać?
Komentarze (0)


(zabezpieczenie przed botami)

/1000 wykorzystanych znaków


Popularne Tagi

Najaktywniejsi użytkownicy w tym miesiącu:

fprefect - 6561 ptk.
Mery - 995 ptk.
aleksandra.wen - 757 ptk.
AylaBlack - 737 ptk.
ambros - 612 ptk.

zobacz pełny ranking
Losowy cytat

"Krew jednak pozostaje krwią, a serca są mocne, gdy rodzimy się na nowo."


Nora Roberts

Szczypta magii
BookHunter.pl
O nas
Nasze logo
Punktacja
Do pobrania
Kontakt
Przyłącz się!
Zespół
Kogo szukamy?
Partnerzy
Wspólne cele
Dla wydawnictw
Współpraca
recenzencka

Patronat medialny
o BookHunter
Copyright © 2015 - 2020 by BookHunter.pl
O nas | Zbieraj punkty | Zespół | Regulamin | Kontakt