Error message here!

Error message here!

Zapomniałeś/aś hasła?

Error message here!

Error message here!

Error message here!

Error message here!

Zapomniałeś/aś hasła? Podaj swój adres e-mail.
Otrzymasz link, dzięki któremu zresetujesz hasło.

Error message here!

Powrót do logowania

Close
Czerwone i czarne -

Średnia ocena

6,2/10

(4 głosów)

Łatwość czytania

niemal łatwa
6,2/ 4 głosów

chce przeczytać 0 osób chce przeczytać
dodało do ulubionych 0 osób dodało do ulubionych

Infomacje o książce:

Kraj powstania:Francja
Okres powstania:XIX wiek
Forma:Powieść
Data premiery oryginału: 1830
Data premiery w Polsce: 1948
Tytuł oryginału:Le rouge et le noir

Czerwone i czarne -

Wydawnictwo:Mediasat Poland
Data wydania: 2005
Forma wydania:druk
Liczba stron:480

Rodzaj okładki:twarda z obwolutą
Tłumaczenie:Tadeusz Żeleński (Boy)
Numer ISBN:84-98-19196-3

Tagi (8) \ Otagowane przez 1 użytkownika

zobacz więcej tagów

Czerwone i czarne - dodaj tagi

Twoje tagi:



    Opis książki (1)

    Stendhal - Henri Beyle - urodził się w 1783 r. w Grenoble, umarł w Paryżu w 1842. (...) Jako człowiek i pisarz łączył Stendhal rewolucyjną tradycję jakobinów z bonapartyzmem, wolterowski racjonalizm i osiemnastowieczny sensualizm z romantycznym kultem namiętności i energii. Krytyk i eseista (m.in. "O miłości", "Racine i Szekspir"), powieściopisarz ("Lucjan Leuwen", "Pustelnia parmeńska" itd.), autor pism autobiograficznych ("Życie Henryka Brulard", "Dziennik" itd.), uważany dziś za najbardziej "współczesnego" z pisarzy XIX w., mistrz analizy psychologicznej, nie zdobył uznania za życia, a wiele jego dzieł zostało wydanych pośmiertnie.

    "Czerwone i czarne" (1830) należy do najwybitniejszych powieści w literaturze światowej.

    [Państwowy Instytut Wydawniczy, 1978]

    Dodane przez aniakonda
    edytuj opis

    Recenzje (0) \ Teraz Twoja kolej aby zostać krytykiem!

    Książka nie posiada jeszcze recenzji napisanych przez użytkowników. Bądż pierwszy!

    Cykle literackie (0)

    Serie wydawnicze (2)

    Adaptacje (1)

    Rodzaj Tytuł Rok Kraj Reżyser

    Film

    Czerwone i czarne

    1997

    Francja, Niemcy, Włochy

    Jean-Daniel Verhaeghe

    Informacje dodatkowe (0)

    Infomacje dodatkowe - Czerwone i czarne

    Informacja dodatkowa

    Cytaty (0)

    Czerwone i czarne - dodaj cytat

    Cytat

    Dyskusja (1) \ Czy masz coś do powiedzenia?

    Autor Temat Odpowiedzi Data dodania

    Czy to książka na raz?

    Czy to lektura do której warto wrócić? Czy odłożona na półkę będzie zbierać kurze?

    0

    2014-07-05


    Czerwone i czarne

    książka dodana przez aniakonda

    Czerwone i czarne - dodaj temat do dyskusji

    Temat

    Treść

    Twoja ocena książki
    Łatwość czytania
    Ostatnia wypowiedź w dyskusji
    Bookhunter.pl pisze:

    Czy to lektura do której warto wrócić? Czy odłożona na półkę będzie zbierać kurze?

    Weź udział w dyskusji!
    Odpisz lub dodaj temat

    Użytkownicy tworzący stronę
    aniakonda
    aneta
    Magda
    Liczba wyświetleń: 597
    Narzędzia

    Czerwone i czarne:

    edytuj informacje o książce
    edytuj autorów
    dodaj / edytuj wydanie
    dodaj tagi
    dodaj opis
    + dodaj recenzję
    dodaj cytat
    + dodaj temat do dyskusji
    zgłoś błąd

    Ostatnie patronaty

    zobacz wszystkie patronaty
    zobacz naszą ofertę patronatu medialnego
    Popularne Tagi
    Ranking użytkowników

    Najaktywniejsi użytkownicy w tym miesiącu:

    dona - 811 ptk.
    rogue-666 - 742 ptk.
    Leila - 426 ptk.
    agnieszka3201 - 390 ptk.
    Szczypta-Kasi - 368 ptk.

    zobacz pełny ranking
    Facebook
    Nasze wspólne cele

    21901 książek
    nasz cel: 30 000, do dodania pozostało 8099

    2793 adaptacji
    nasz cel: 3 000, do dodania pozostało 207

    3524 autorów ze zdjęciami
    nasz cel: 4 000, do dodania pozostało 476

    Losowy cytat

    "Wersal – Francja

    Był zimny i deszczowy czerwcowy poranek, jakie jeszcze zdarzają się o tej porze roku. Smętna pogoda wpływała na nastroje, więc wszyscy snuli się po pałacu, wykonując swoje obowiązki bez zbytniego zapału. Nie dotyczyło to jednak jego najważniejszego lokatora, bo on przeciwnie – był tak zmotywowany do działania, jak rzadko. Właśnie, natężając wszystkie zmysły ostrożnie uchylił drzwi wiodące z biblioteki na korytarz, ale nie ten główny, tylko ten, z którego korzystała służba. Przez chwilę nasłuchiwał z wyrazem przejęcia na nalanej twarzy, po czym wyraźnie zadowolony szybkim ruchem górnej części tułowia wyjrzał na zewnątrz.
    Nikogo!
    Uśmiechnął się z satysfakcją. Wysunął na korytarz niemal bezszelestnie swe pulchne ciało i skradając się na paluszkach przemykał dyskretnie jak cień, zatrzymując się i chwilę nasłuchując przy każdych mijanych drzwiach. Miał na sobie stare, podniszczone już ubranie własnego pomysłu, będące skrzyżowaniem stylu szlachecko – mieszczańskiego, czyli proste szare spodnie, koszulę i kurtkę bez żadnych ozdób. Do tego wygodne trzewiki, a całość, jako że zamówiona dość dawno, ciasno opinająca jego pełną sylwetkę.
    Miał już dość uciążliwych trudów rządzenia i dlatego postanowił uciec od nich, nooo ... nie na stałe, ale przynajmniej na jakiś czas. Urwać się na kilka godzin ze swojej złotej klatki, gdzie cały czas czuł się obserwowany, jak jakiś eksponat na wystawie. Przebywanie incognito wśród zwykłych ludzi i swobodna rozmowa o troskach poddanych to było najlepsze, zaraz po polowaniu, co koiło nerwy młodego władcy.
    Oczywiście wszyscy wiedzieli o niecodziennych upodobaniach monarchy do przebieranek, ale nie takie rzeczy działy się na królewskich dworach, więc nikt nie miał z tym najmniejszego problemu. Widzieli też przemykającą niekiedy dość niezdarnie, jak niedźwiedź w salonie pełnym mebli, grubą postać, jednak by nie psuć mu zabawy udawali kompletnie ślepych i głuchych. Nauczyli się tego dość szybko, szczególnie że zbyt spostrzegawczy kończyli marnie, jak ten lokaj, który rozpoznając przebranego króla, ukłonił mu się, niwecząc cały trud włożony w przygotowanie kamuflażu. Ludwik zdenerwował się wtedy okropnie, skrzyczał go i zawrócił jak niepyszny do swych komnat. Potem chodził cały dzień zły, a wieczorem kazał zwolnić sługę. Od tej pory cały pałacowy personel wiedział, że jak monarcha przemyka się samotnie, skrada, unika kontaktu i chowa przed ludźmi to najlepiej udawać, że się go nie widzi.
    Tym razem również poinformował swojego sekretarza tuż po śniadaniu, że przez najbliższą godzinę lub dwie poczyta sobie w bibliotece, bezwzględnie zakazując przeszkadzania sobie w lekturze. Następnie założył swój strój i jak mu się zdawało nierozpoznany przemknął do odległego skrzydła pałacu, gdzie trwał remont. Doświadczeni robotnicy wiedzieli, że jak pada deszcz, śnieg, albo wieje silny wiatr to król nie jedzie na polowanie i wtedy może ich odwiedzić, bo remonty i majsterkowanie to jego drugie w kolejności ulubione zajęcie. Uświadomiono ich również, że mają się do niego zwracać panie Ludwiku i udawać, że nie wiedzą z kim mają do czynienia. Zakazano im jednocześnie opowiadania o tych wizytach w domu, ale tego zakazu nie udało się wyegzekwować. Z początku byli bardzo skrępowani tą sytuacją, ale z czasem nawet zaczęło im się to podobać, że pracują ramię w ramię ze swoim władcą i mogą sobie z nim pogadać niemal jak z równym sobie.
    Ludwik nieśmiały w kontaktach ze swoim otoczeniem, zmęczony ciągłym wysłuchiwaniem próśb i skarg swojej rodziny chętnie uciekał do prostych ludzi, z którymi zawsze potrafił znaleźć kontakt. Praca fizyczna sprawiała mu ogromną przyjemność i była bardzo wskazana przy jego tuszy. Lekarze zalecali mu ruch na świeżym powietrzu, mając jednak raczej na myśli spacery i jazdę konną, od których król nie stronił, gdyż nigdy by im przez myśl nie przeszło zalecać władcy pchanie taczek oraz dźwiganie cegieł, zaprawy i kamieni na budowie.
    Monarcha z sercem przepełnionym dumą ze swych umiejętności, śmiejąc sie w duszy, iż sam jeden przechytrzył cały swój dwór wszedł do remontowanego pomieszczenia. Rozejrzał się wokół roziskrzonym wzrokiem i widząc ogrom czekającej go pracy radośnie zawołał do robotników: - dzień dobry panowie! - w tym swobodnym głosie i postawie aż trudno było poznać władcę, który podczas oficjalnych wystąpień pocił się i stękał z trudem wytrzymując do końca oficjalnych uroczystości.
    -Dzień dobry panie Ludwiku! - odpowiedzieli niemal chórem wszyscy członkowie ekipy remontowej, ostrzeżeni już o zbliżaniu się ich koronowanego pomocnika.
    -Cóż to dziś zaplanował dla nas do roboty pan majster – zapytał, zwracając się z lekkim ukłonem w stronę najstarszego z obecnych. Ten zaś grzecznie, jakby miał do czynienia z równym sobie odkłonił się kiwając siwą głową, by bez przesadnej uniżoności pośpieszyć z wyjaśnieniem, że właśnie zaczynają układanie podłóg.
    -Doskonale!- zawołał król, zacierając ręce – czy przydadzą się wam do pomocy silne ręce i wytrzymały grzbiet?
    -Oczywiście! Wręcz z nieba nam spadasz drogi panie Ludwiku! Już się od wczoraj zastanawiałem, że jeśli nikt nie przybędzie nam na pomoc to pewnie będziemy mieli opóźnienia w realizacji planu – odpowiedział z ogromnym entuzjazmem majster.
    -A to dobre. A ja od wczoraj czułem, że mogę się tu przydać. Wręcz przyciągnąłeś mnie tu swymi myślami mistrzu!- wykrzyknął zachwycony tak gorącym powitaniem monarcha, potem zaś zakasał rękawy i przez najbliższe dwie godziny zapomniał o bożym świecie nosząc, wożąc i rozmawiając z robotnikami, jak jeden z nich. Był silny jak tur, więc podsuwali mu ciężary zbyt ciężkie dla innych, a on dźwigał je bez szemrania.
    Budowlańcy wiadomo lud rozmowny i wesoły, więc pracując w pocie czoła zawsze znaleźli nieco czasu, by zabawić swego niecodziennego pomocnika rozmową. On zaś nieustannie wypytywał o nowinki i pikantne ploteczki, a i sam niekiedy coś od siebie dorzucił. Wiedzieli, że jest strasznie łasy na wieści ze dworu, szczególnie te o jego ministrach, które później mógł wykorzystać w najodpowiedniejszej chwili. Uwielbiał ten wyraz twarzy dworskich dygnitarzy, gdy im rzucał jakąś historyjką, o której nie powinien nic wiedzieć. Mniej wylewni stawali się jedynie gdy pytał o rodzinę panującą wtedy milkli, zapewniając że o nich to nie ma ciekawych plotek, bo to bogobojni i uczciwi ludzie.
    Po dwóch godzinach z kuchni przyniesiono śniadanie. Dla robotników był to pierwszy posiłek tego dnia, a dla króla już drugi. Jednak sądząc po okazywanym apetycie nikt by nie powiedział, że monarcha jadł cokolwiek w ciągu ostatniej doby. Usiadł wraz z nimi na kupie cegieł i łapiąc z przyniesionych koszy wszystko co mu wpadło pod rękę łapczywie wkładał do ust. Po zjedzeniu dwóch dużych kur, kilku kotletów i tuzina gotowanych jaj westchnął, wytarł usta w zakurzony rękaw kubraka i rozsiadł się wygodnie, czekając aż dziewka z kuchni poda mu kubek z winem. Przepił do majstra i wstał, żegnając się i dziękując swym kolegom za wspólną pracę. Ci żegnali go z autentycznym żalem i sympatią, wiedząc że tylko przy nim mogą pokosztować prawdziwych przysmaków królewskiej kuchni, a czasem nawet odrobinę wina z monarszych piwnic. Oczywiście jeśli coś zostawił w swojej butelce, bo w pozostałych flaszach było pośledniejsze wino, jednak jedzenie dostawali naprawdę dobre i dużo, takie samo jak on.
    Ledwie wyszedł, a oni już rzucili się, by pochować dla dzieci resztki jedzenia, gdyż na mięso to mogli sobie pozwolić tylko od święta, no może poza majstrem, którego stać było na to, by w niemal każdą niedzielę wrzucić kurę do garnka.
    Ludwik zaś w podskokach wracał ćwierkający do swojej części pałacu, pamiętając jednak, by w miarę zbliżania się do biblioteki, zachowywać czujność i dyskrecję, tak aby nie zostać rozpoznanym przez służbę. Bezpiecznie dotarłszy do celu zrzucił zabrudzone odzienie, które oczyszczone wisiało już nazajutrz w tym samym nikomu nieznanym miejscu na gwoździu za regałem i założył pozostawiony czysty, szary frak i takież spodnie. W monarszej głowie nigdy nie pojawiło się pytanie: kto czyści jego robocze ubrania? Skoro jego eskapady pozostają, jak mniemał, w całkowitej tajemnicy.
    Przygotowany wezwał sekretarza i odkładając trzymaną w ręku książkę, założoną oczywiście w innym miejscu niż poprzednio, co miało świadczyć o przeczytaniu co najmniej kilkudziesięciu stron ambitnego dzieła o sprawowaniu władzy przez idealnego monarchę oświeconego, zawołał: - poproś proszę teraz moich ministrów! Czuję że po takiej lekturze mogę z nimi porozmawiać o ważnych dla nas sprawach.
    Następne godziny upłynęły królowi na wysłuchiwaniu raportów o stanie państwa. Jedni informowali o postępach na polu gospodarczym, o zwiększaniu produkcji broni i amunicji w miejscowych manufakturach, inni o reformach w armii i sądownictwie. Minister spraw zagranicznych zaś niepokoił się coraz bardziej sytuacją w angielskich koloniach, które mogły przysporzyć kłopotów również Francuzom. Vergennes obawiał się, że amerykańscy "insurgenci", jak ich nazywał, by nie używać otwarcie słowa: buntownicy, mogą dwojako zakłócić realizację francuskich priorytetów w polityce międzynarodowej. Po pierwsze istniało niebezpieczeństwo infekcji wichrzycielskich haseł do kolonii innych państw – w tym także do terytoriów zależnych od Francji. Po drugie eskalacja konfliktu może odciągnąć uwagę Anglii od spraw europejskich, a na tym etapie planowania jej udział w koalicji wydawał się konieczny.
    -Bądźmy dobrej myśli – król po tak udanym poranku, nie zamierzał poddawać się ponurym nastrojom, następnie wstając, co zawsze oznaczało koniec narady, rzucił na odchodne – obserwować i o wszystkim niezwłocznie mi meldować! Czuję, że wszystko skończy się szczęśliwie."


    Waldemar Bednaruk

    Kurier ze Stambułu
    BookHunter.pl
    O nas
    Nasze logo
    Punktacja
    Do pobrania
    Kontakt
    Przyłącz się!
    Zespół
    Kogo szukamy?
    Partnerzy
    Wspólne cele
    Dla wydawnictw
    Współpraca
    recenzencka

    Patronat medialny
    o BookHunter
    Copyright © 2015 - 2017 by BookHunter.pl
    O nas | Zbieraj punkty | Zespół | Regulamin | Kontakt