• Aga K.

"Anne z Zielonych Szczytów" Lucy Maud Montgomery



tytuł: "Anne z Zielonych Szczytów"
tytuł oryginału: "Anne of Green Gables"
autor: Lucy Maud Montgomery
tłumaczenie: Anna Bańkowska
wydawca: Wydawnictwo Marginesy
data wydania: 2022-01-26
liczba stron: 384
ISBN: 978-83-67022-63-7

Nowe tłumaczenie znanej historii zawsze wywołuje skrajne emocje wśród czytelników, jednak książka, o której dziś napiszę rozpętała prawdziwy szum nie tylko w książkowych środowiskach. Chyba wszyscy znają "Anię z Zielonego Wzgórza", tytuł ten przyjął się niejako w kulturze, nawet te starsze filmy na podstawie książek o Anne Shirley przyjęły takie luźne tłumaczenie nazwy Green Gables. Tymczasem dwa tygodnie temu pojawił się nowy przekład tej historii - "Anne z Zielonych Szczytów", który stanowi niejako najświeższą i najbliższą oryginałowi wersję bestsellerowej książki "Anne of Green Gables" Lucy Maud Montgomery. Pani Anna Bańkowska zmieniając tytuł na dosłowne tłumaczenie oryginalnego, zrobiła taką małą rewolucję i przyczyniła się niejako do dyskusji na temat przekładów i ich percepcji w kulturze.


Jako wielka fanka przygód rudowłosej dziewczynki obdarzonej nieograniczoną wyobraźnią, sięgałam już po różne wersje tej historii - wszystkie jednak trzymały się wspomnianego wyżej tytułu i większość miała też spolszczone imiona i nazwy własne. Postanowiłam więc sprawdzić jak ten nowy przekład będzie się miał do poprzednich, czy to, że jest bliższy wersji oryginalnej, że pozostawiono w nim antroponimy i toponimy w takim brzmieniu, jakie nadała im autorka, a także, że tłumaczka zadbała o zgodność z realiami miejsca akcji i zrobiła research odnośnie miejsc i roślinności, zmieni mój sposób patrzenia na tę jedną z ulubionych historii. Jako że nie jestem przywiązana do żadnego przekładu, dałam tej nowej wersji czystą kartę na początek.


Przede wszystkim, od razu zaznaczę, że nie przekonał mnie nowy tytuł. Myślę jednak, że to kwestia przyzwyczajenia i jak się z nim osłucham, to nie będę miałam problemu z tym, że Anne nie mieszkała na Zielonym Wzgórzu, tylko w domu o mało poetyckiej nazwie "Zielone Szczyty". Podobało mi się za to, że wreszcie bohaterowie tej książki nazywają się tak, jak powinni, że nie ma już Maryli, Mateusza, czy Małgorzaty Linde, a zamiast tego mamy Marillę, Matthew i Rachel Lynde. Zawsze mnie zastanawiała ta wybiórczość w spolszczaniu imion bohaterów - o ile to może i miało sens dawniej, kiedy ludzie nie byli osłuchani z zagranicznymi nazwami, o tyle w tych nowszych przekładach jest to zupełnie niepotrzebne. Cieszę się więc, że pani Bańkowska poszła tym tropem i pozwoliła czytelnikom poznawać tę historię w wersji jak najbliższej tej, którą napisała Lucy Maud Montgomery.


Poza oczywistościami w pozostawieniu nazw oryginalnych, tłumaczka zadbała również o całą otoczkę tej historii - przeprowadziła naprawdę dokładny research, żeby jak najbardziej przybliżyć nam realia budownictwa tamtych czasów - stąd na przykład główna bohaterka nie mieszka już w facjatce, tylko w pokoju we wschodnim szczycie domu, ale też zadbała o to, żeby roślinność, krajobraz i ogólnie klimat Wyspy Księcia Edwarda były jak najbardziej zbliżone do tego, co było w oryginale.


Czy jednak ta nowa wersja zmieniła w jakiś sposób mój odbiór tej historii? Myślę, że nie, niemniej była bardzo przyjemnym ubarwieniem powieści dla mnie bardzo dobrze znanej, należącej wręcz do ulubionych. Przecież sama historia Ani, czy raczej Anne Shirley, się nie zmieniła przez to tłumaczenie, mimo iż została opisana może nieco innymi słowami, czy ubarwiona poprzez przybliżenie oryginalnych klimatów. Ciągle jest to pełna życia, nieco sentymentalna opowieść o dorastaniu w pięknym otoczeniu Wyspy Księcia Edwarda, nowy przekład nie zburzył starego porządku w tym wypadku.


Chciałam jeszcze zwrócić uwagę na ogólnie wydanie tej pozycji - dość krzykliwe, nieco neonowe kolory okładki i prosta stylizacja są naprawdę interesujące i przyciągają wzrok, twarda, płócienna okładka nadaje całości pewnego klasycznego rysu, a mapka na wyklejce pomaga czytelnikowi lepiej wyobrazić sobie miejsce akcji - urocze Avonlea. Podoba mi się też, że publikacja ta została wyposażona w tasiemkową zakładkę przyklejoną do kapitałki, to też taki trochę ukłon w stronę klasyki (szkoda tylko, że nie jest to książka szyta, a klejona, ale cóż, tak się teraz wydaje większość publikacji). Podoba mi się też, że nazwisko tłumaczki pojawiło się na okładce, to rzadkość w książkach, a moim zdaniem, to powinno być oczywistością, w końcu tłumacz też kształtuje w pewien sposób dane dzieło.


Mimo nowego przekładu i zmiany w tytule, "Anne z Zielonych Szczytów" to w dalszym ciągu sielska, barwna, pełna ciepła, humoru i wyobraźni historia niezwykłej dziewczynki, która odmieniła nie tylko swoich opiekunów, ale i całe Avonlea, w którym przez przypadek zamieszkała. Nowe tłumaczenie pani Bańkowskiej nie odebrało jej ani trochę uroku, zachowany został ten lekki i sympatyczny styl, jaki znam z innych wersji tej historii, a przy tym całość zyskała nieco świeżości. Książkę tę czytało mi się bardzo przyjemnie, szybko i z uśmiechem, jak zawsze w przypadku przygód tej szalonej, romantycznej, rudowłosej bohaterki, która nie jest może już Anią, a Anne, ale nie zmienił się jej charakter i zabawne przygody.


Z przyjemnością sięgnę po kolejne książki z tej serii w nowym tłumaczeniu Anny Bańkowskiej - nie mogę się doczekać się perypetii Anne oraz innych bohaterów, którzy wreszcie zostaną przedstawieni tak, jak powinni - oryginalnymi imionami, nadanymi przez samą panią Montgomery...



Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Marginesy.



#annezzielonychszczytów #aniazzielonegowzgórza #lmmontgomery #lucymaudmontgomery #annabańkowska #wydawnictwomarginesy #klasykaliteratury

57 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie