• PoważnieNiepoważny

Arcydzieło na obrazkach

Frank Herbert - Diuna. Powieść graficzna. Księga I

AUTOR: Frank Herbert


ADAPTACJA: Brian Herbert, Kevin J. Anderson


ILUSTRACJE: Raul Allen, Patricia Martin


TYTUŁ: Diuna. Powieść graficzna. Księga I


GATUNEK: Fantasy/science-fiction


DATA WYDANIA: 01.06.2021r.


WYDAWNICTWO: Rebis


ISBN: 978-83-8188-191-3


ILOŚĆ STRON: 176


OCENA: 9/10

Moja pierwsza styczność z komiksem to moment, w którym znalazłem przypadkowo w piwnicy kilka starych jak świat zeszytów o przygodach Tytusa Romka i A’tomka autorstwa Henryka Jerzego Chmielewskiego, czyli poczciwego, niestety już świętej pamięci Papcia Chmiela. Potem były jakieś pojedyncze egzemplarze Kajko i Kokosza, Thorgale, które ojciec namiętnie kolekcjonował, aż wreszcie dostałem w łapki pierwszego Egmontowskiego Kaczora Donalda i… przepadłem. Już jako dziecko bardziej cieszyłem się z możliwości przeczytania każdej litery w tym czasopiśmie niż z prezentu/zabawki dołączanej do niego dosyć często. I wiecie co? Człowiek nie zwracał wtedy uwagi na spójność fabuły, na sztuczność dialogów, na prostotę samej historii itp. Być może całokształt przygód tego disneyowskiego kaczora był tak dopracowany, że nie można się było do niczego przyczepić, a może zwyczajnie te ważne elementy, dostrzeżone teraz już dorosłym okiem i umysłem, przeszło 20 lat temu nie miały dla mnie znaczenia? Niedługo później pojawił się TM-Semic ze swoimi zeszytami z uniwersum Marvela i DC Comics… i tu już zaczęło się robić pod górkę, bowiem cała frajda z czytania została przyćmiona przez sztuczne zachowanie postaci, tak samo sztuczne dialogi i – zmora tego typu graficznych historyjek – werbalizowanie myśli bohaterów w dymkach. (Teraz użyję swojego gwiezdnego dezintegratora bananów i cię zniszczę! O nieee, on użyje zaraz gwiezdnego dezintegratora bananów i mnie zniszczy! Muszę uciekać!).


Po tak długim wstępie, w sumie średnio potrzebnym z perspektywy opinii o Diunie, Herberta, przyszedł czas na tę właśnie. Powieść tak wszystkim znana, tak przez większość lubiana, tak często nagradzana, że nawet jeżeli są osoby, które jej nie czytały, to wydaje mi się, że o tym nazwisku słyszeć musiały.


Nie wszyscy mają czas na to, ażeby usiąść z cegłą, jaką niewątpliwie jest Diuna i zanurzyć się w jej świat, towarzyszyć Paulowi Atrydzie w jego wędrówce, a w zasadzie ucieczce, zgrabnie i cicho omijać czerwie, no i poznawać czynniki rządzące tym uniwersum kawałek po kawałku. Dlatego naprzeciw właśnie takim wyszli Brian Herbert, Kevin J. Anderson, Raul Allen oraz Patricia Martin przekładając to arcydzieło na formę graficzną w proporcjach 1:1. Czy udało im się? Pomijając fakt, że każda taka próba odtworzenia pierwowzoru, zmieniając jedynie jego formę przypomina przenoszenie z jednego miejsca w drugie jakiegoś starożytnego rozsypującego się wielce wartościowego artefaktu, zatem samo dotknięcie już warunkuje jakieś zmiany, to wyżej wymienionej grupie śmiałków całkiem zgrabnie udało się dokonać rzeczy teoretycznie niemożliwej. Istotne z punktu widzenia fabuły wydarzenia zostały zachowane. Dla znajomej z pierwowzoru umiejętności przedstawienia z pozoru trudnego, wielowarstwowego połączenia polityki, technologii, ekologii, religii w sposób prosty i zrozumiały nie brakło tu miejsca. I dobrze, ponieważ właśnie to stanowiło rdzeń autorskiego zamysłu. Siłą rzeczy powieść graficzna jest o wiele krótsza i nie chodzi tu nawet o fakt podzielenia jej przez autorów na kilka tomów, ale o zarezerwowaną tylko dla tej formy konieczność rezygnacji z większej części opisów. Nie musimy przecież czytać w chmurkach o tym jak kto wygląda i gdzie się znajduje, bo zwyczajnie to widzimy.


Prawdziwym majstersztykiem jest przedstawienie emocji bohaterów, ich mimikę twarzy, gestykulację, czy np. oddziaływanie zjawisk atmosferycznych za pomocą kreski, nie słowa. Wydaje mi się, że na tej płaszczyźnie można się do niektórych rzeczy doczepić, ale po co? Ilustracje są wystarczająco dopracowane, a autorzy zadbali również o zmianę kolorystyki wprost proporcjonalnie do zmiany klimatu. Jeśli odcienie niebieskiego – Atrydzi, jeśli czerń i czerwień – Harkonnenowie (Harkonneni?). Wszyscy, którzy znają Diunę w pierwowzorze, czekali zapewne na czerwia. Dynamika przedstawienia zarówno tych wielkich robali, jak i szybujących statków jest tu zachowana, mimo iż to przecież jedynie kilka kresek maźniętych na papierze.


Czy mogę się zatem do czegoś doczepić? Mogę.

Czy chcę? Nie chcę.


Bawiłem się wybornie. Jestem trochę zły na siebie, ponieważ przeczytałem to w zaledwie godzinkę i książkę musiałem odłożyć. Czekam z niecierpliwością na kontynuację, ponieważ Księga I to zaledwie czekadełko przed daniem głównym, choć nie ustępujące wielu potrawom pod względem sytości.

25 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie