• PoważnieNiepoważny

Jesteśmy częścią Harmonii Światów

George R. R. Martin - Gwiezdny Port
 

AUTOR: George R.R. Martin


TYTUŁ: Gwiezdny port


TYTUŁ ORYGINAŁU: Starport


GATUNEK: powieść graficzna


DATA WYDANIA: 15.02.2022r.


WYDAWNICTWO: Zysk i S-ka


ISBN: 978-83-820-2136-3


ILOŚĆ STRON: 272


OCENA: 4/10


 

Kojarzycie tego mema z leżącym szkieletem i podpis: „to ja czekający na…”? Tak właśnie może wyglądać większość fanów Martina, czekająca na kolejne tomy Pieśni Lodu i Ognia. Tymczasem nasz zaokrąglony poczciwy staruszek, rzucając raz po raz skrawkami informacji typu: „Wichry Zimy będą, kiedy będą”, czy: „napisze to wtedy, kiedy będę miał na to ochotę” lub: „teraz nie piszę, bo zachciało mi się reżyserować”, wydaje coś, co dzięki wydawnictwu Zysk i S-ka możemy trzy lata później przeczytać w naszym ojczystym języku. Mianowicie „Gwiezdny port”, powieść graficzna, której fabuła powstała rzekomo na kanwie jakiegoś programu telewizyjnego z lat 90-tych. Po przeczytaniu lektury dochodzę do wniosku, że Martinowi bardzo spodobało się drażnienie fanów w myśl folgowania w pisaniu Pieśni Lodu i Ognia. Do tego stopnia, że wolałby chyba przed ogłoszeniem premiery książki zamieść pustynię szczoteczką do zębów, nauczyć się obrotu o 900 stopni w łyżwiarstwie figurowym albo… napisać coś takiego jak "Gwiezdny port" niestety.


Można powiedzieć, że jako ziemianie wreszcie się doigraliśmy, kiedy przed 10-oma laty zostaliśmy znalezieni przez obcą cywilizację. Założyciele Harmonii ŚwiatówChaseeni wylądowali w trzech różnych miejscach na świecie, podczas trzech różnych zawodów sportowych, wywołując jedno, takie samo wielkie przerażenie w oczach każdego człowieka, który był przy tym wydarzeniu obecny. Obcy z zawrotną szybkością zabrali się do pustoszenia ziemskiego globu i brutalnej eliminacji jego mieszkańców… pewnie gdzieś w równoległym wszechświecie, jednak nie w tej powieści. Tu, potocznie zwane przez nas „ufoludki” nie mają złych zamiarów. Chcą włączyć gatunek ludzki, jako 315 z kolei do wielkiej Harmonii Światów i dzięki pomocy dwóch (obok nich) najważniejszych gatunków pielgrzymów – Nharów i Lohbów przyspieszyć nieco rozwój naszej cywilizacji. W związku z koniecznością powstania traktatu międzygalaktycznego, ludzkość tworzy w Singapurze, Kopenhadze i Chicago tytułowe gwiezdne porty. Fabuła tejże pozycji skupia się na tym ostatnim.


Dziwicie się swoim dziadkom, że nie potrafią nadążyć za światem współczesnym? Telefony komórkowe, aparaty słuchowe, żywność dostępna zawsze i wszędzie, wszechobecna technologia (chociaż nie na tak wielką skalę, jak w krajach znacznie bardziej od Polski rozwiniętych). Wyobraźcie sobie teraz jak zachowalibyście się Wy sami, kiedy po otwarciu gwiezdnego portu, po ulicach niczym studenci z Erasmusa chodziłyby humanoidalne i niehumanoidalne stworzenia rodem z komedii lub najstraszniejszego horroru. W powieści, jak i w rzeczywistości ludzi podzieliło zdanie na temat nowych przybyszów. Powstały ugrupowania typu: Prawdziwi Ziemianie, krzyczący i wypisujący na murach swoje postulaty typu: precz z odmiennością! Ziemia dla Ziemian! Itp. Liczne grono osób chętnie się z obcymi zaprzyjaźnia w myśl tolerancji jakiejkolwiek odmienności. Zdecydowana większość jednak stara się do tych dziwnych czasów jakoś przyzwyczaić, nie wychylając się ani w jedną, ani w drugą stronę. Z prawdziwym problemem boryka się ziemska policja. Czy poszkodowanego przez ziemianina, reprezentanta obcej cywilizacji bronić, jak nakazują zapisy międzygalaktycznego traktatu? Czy może pozostać wiernemu swojemu gatunkowi i służyć tylko człowiekowi? O wiele bardziej pod każdym względem rozwinięci od ludzi nowi przybysze z kosmosu, zdają się czasem wykorzystywać swoją wyższość. Mały człowiek natomiast niezależnie od tego czy chce, czy nie, zostaje wciągnięty w serię międzygalaktycznych intryg.


"Gwiezdny port" to nie tylko George R.R. Martin. "Gwiezdny port" to przede wszystkim rewelacyjna komiksowa kreska Rai Golden. To efekt studiowania naturalnych wzorców ludzkich postaci Rachel Hilley, a także spory wkład Billa Tortolini, siedzącego w przemyśle komiksowym od 1996 roku i związanego m.in. z takimi firmami, jak MARVEL, czy DISNEY. Mógłbym napisać, że to lekka detektywistyczna powieść okraszona humorystycznym smaczkiem, ale to wygląda dokładnie odwrotnie. Cała pozycja jest przepompowana humorem, a wątek detektywistyczny osadzony w świecie sci-fi tylko temu towarzyszy. Szkoda, że spośród 315 różnych ras, dane nam było poznać zaledwie kilka. Liczyłem na więcej. Gdybym nie miał porównania, co do przekładu Michała Jakuszewskiego, pewnie tymi rażącymi okrutnie w oczy niczym reflektory nadjeżdżającego z naprzeciwka samochodu podczas nocnej podróży, dialogami – obarczyłbym właśnie jego. Wychodzi jednak na to, że ta książka miała być głupkowata od samego początku, choć nie powiem, że nie jest wymagająca. Wielokrotnie podczas lektury wydawało mi się, że przez przypadek przewróciłem dwie kartki dalej za jednym zamachem, w związku z czym, albo wątek ze strony poprzedniej został boleśnie urwany nowym rozdziałem w połowie konwersacji pomiędzy bohaterami, albo ów konwersacja z oczywistych względów traciła sens. Po zerknięciu na numerację stron okazało się, że wszystko jest w należytym porządku. To powieść jest stworzona w taki sposób, jakby wyrwane z kontekstu komiksowe chmurki, ktoś posklejał na chybił trafił. To denerwuje.

Pomysł dosyć ciekawy, komiks w moich oczach zawsze był mile widziany, wykonanie? Zostawię to bez komentarza i odpowiedzi, tak samo jak kończące powieść, sugerujące jej kontynuację w postaci kolejnego tomu (bądź tomów) w przyszłości, pytanie:


49 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie