• PoważnieNiepoważny

Najlepsze jest wciąż o pół kroku przed nami...

Isaac Asimov - Kamyk na niebie
 

AUTOR: Isaac Asimov


TYTUŁ: Kamyk na niebie


TYTUŁ ORYGINAŁU: Pebble in the Sky


CYKL: Imperium Galaktyczne


GATUNEK: science-fiction


DATA WYDANIA: 09.08.2022r.


WYDAWNICTWO: Rebis


ISBN: 978-83-8188-549-2


ILOŚĆ STRON: 256

OCENA: 8/10


 
"Zestarzej się u mego boku! Najlepsze jest wciąż o pół kroku Przed nami - pełnia życia, ku niej wszystko wiodło..."

Czy w "Kamyku na niebie" można zobaczyć tego samego Asimova, co w Fundacji lub Robotach? Nie sądzę. Czy w "Kamyku na niebie" ten Asimov daje się czytać? Oczywiście! Przecież to nadal Asimov!


To już ostatni tom Imperium Galaktycznego, choć autor napisał je faktycznie jako pierwsze (przed "Gwiazdami, jak pył" i "Prądami przestrzeni"). Trzy tomy, choć różnią się od siebie znacznie, m.in. czasem akcji i postaciami, to wszystkie skupiają się na ratowaniu czegoś lub kogoś poprzez próby zapobiegania niektórym procesom, będąc częścią tego składającego się z kilkuset milionów planet tytułowego Imperium. Wszystkie tomy również wróżą i przedstawiają powolny proces jego upadku, stanowiąc tym samym podwalinę pod całą siedmiotomową Fundację. Wydaje mi się, że właśnie jako owa podwalina ten cykl powinien być traktowany.


W pierwszym tomie obserwowaliśmy jak Biron Farill najpierw próbuje ratować ojca, następnie zapobiega dalszemu wypełnianiu imperialistycznych planów przez Tyrranejczyków. W tomie drugim towarzyszyliśmy pewnemu uznanemu przez lokalne społeczeństwo za głupka, Rikowi i oglądaliśmy proces ratowania bogatej w kyrt Floriny wraz z jej rdzennym niewolniczym ludem. Ostatecznie wraz z 62-letnim Josephem Schwartzem wyruszyliśmy w niechcianą podróż w czasie, około dwa tysiące lat do przodu. Tym razem zagrożone jest całe galaktyczne imperium.


Pan Schwartz – emerytowany krawiec nie cieszy się pięknym parkowym otoczeniem zbyt długo. W ułamku sekundy, pomiędzy dwoma kolejnymi krokami zostaje przeniesiony w czasie z lat 50 ubiegłego wieku, około dwóch mileniów wprzód. Okazuje się, że w kosmosie nie jesteśmy sami. Ba! Planet i zamieszkujących je cywilizacji jest tak dużo, że jako Ziemianie nie jesteśmy wiele więksi od tytułowego kamyka na niebie. Jakby tego było mało, Ziemia jest od pewnego czasu radioaktywnie skażona, a jej mieszkańcy traktowani przez wszystkie inne cywilizacje z wielką pogardą. Wynika to z ogólnie panującej tu biedy, a być może również z tego, że ośmielają się twierdzić, iż to właśnie oni zapoczątkowali życie w kosmosie, a to rozrosło się na ponad 200 milionów planet. Będzie się to starał wyjaśnić Bel Arvardan – znany światu, zafascynowany historią archeolog. Wisienkę na torcie stanowi tu jeszcze jedna zmiana. Naturalną koleją rzeczy na Ziemi, wszyscy, którzy ukończyli 60 rok życia, są poddawani eutanazji. Schwartz zatem od dwóch lat powinien już leżeć martwy.


"Kamyk na niebie" zawiera w sobie wszystko to, co powinno zawierać standardowe science fiction. Dostajemy kosmos z milionami (albo nawet miliardami) jego nieodkrytych tajemniczych skrawków. Czy to w myśl planet, czy ich mieszkańców. Poznajemy nowe technologie (synapsyfikator, neutronowe bicze). Mamy styczność z postapokaliptyczną wizją części świata (radioaktywnie skażona Ziemia). W powieści pojawia się również motyw wykorzystywania telepatii. Utrzymując konwencję poprzednich tomów, doświadczymy tu wątku miłosnego (jakkolwiek w poprzedniczkach był znośny, tak tu mam wrażenie, że wciśnięty na siłę i niezbyt umiejętnie przedstawiony) oraz dochodzenia po poszlakowej nitce do zagadkowego kłębka tajemnic. Arvardan stara się rozłożyć na czynniki pierwsze dwie teorie (Mergera i radiacyjna), dotyczące powstania zalążka życia w galaktyce, jednocześnie usiłując przekonać aktualnych rządców do tego, że wszelkie konflikty pomiędzy Ziemią, a resztą cywilizacji w znacznej mierze wywodzą się z różnic w myśleniu. W powieści wprawne oko zauważy zatoczenie przez historię kręgu. Asimov tworzy Imperium Galaktyczne mocno inspirowane starożytnym Rzymem. Znając fakty, wielkie cesarstwo upadało. I nie był to proces szybki, ale mozolny, stopniowy. Jeżeli wejdziemy w buty Josepha Schwartza, w jednej chwili będziemy się zastanawiać nad historią starożytności, a ułamek sekundy później sami tą starożytność stanowić. Zderzenie tych dwóch czasów jest w książce widoczne i niezwykle ciekawe. Ciekawa jest również zmiana ludzkiej mentalności, m.in. odnośnie do eutanazji. Są jednak pewne zjawiska, które od miliardów lat nie zmieniają się ani trochę. O tym również przeczytacie.


Kończąc wywód pozwolę sobie sparafrazować słowa wypowiedziane w jednym z dosyć znanych polskich filmów.

„Robotów nie ma (jeszcze)… ale też jest zajebiście”
66 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie