• Aleksandra.Wen

Wsi niespokojna



Druga powieść to zazwyczaj poważniejszy test niż debiut. Ta pierwsza może być efektem wielu lat pracy, pisania do szuflady, istnym opus magnum. Zdarza się, że na nią, wyczekaną i wychuchaną, autor zużyje wszystkie pokłady kreatywności i energii. W takich przypadkach kolejne bywają wtórne i nieciekawe. Ale, na szczęście częściej, jest odwrotnie – pisarz nabiera doświadczenia, wprawy, rozwija skrzydła. „Wnyki” należą do tej drugiej kategorii.


Policjant Kosma Ejcherst otrzymuje od wuja, wysoko postawionego w kościelnej hierarchii, dyskretne zlecenie – w małej wsi w Karkonoszach zaginął ksiądz. Ale Wnyki nie są zwyczajną wsią. Na tamtejszą parafię trafiają duchowni, którzy mają coś na sumieniu – żeby przemyśleć swoje postępowanie, a może żeby przeczekać burzę wokół skandalu? Bohater rozpoczyna śledztwo, ale idzie mu opornie. Nikt nic nie wie, ksiądz po prostu spakował swoje rzeczy i zniknął w środku nocy. Czy kluczem do zagadki jest miejscowy włóczęga, Rubens? Może tajemniczy mężczyzna, który pojawia się codziennie pod kościołem? A może w lokalnej legendzie o Chrystusie zstępującym z krzyża, by ukarać grzeszników, jest jednak ziarno prawdy? Droga do niej będzie jednak wyboista.


„Wnyki” pod wieloma względami różnią się od debiutanckiego „Znachora”. Akcja toczy się wolno, wręcz leniwie, a atmosfera zagęszcza powoli. To właśnie atmosfera jest największą siłą tej powieści: to wręcz duchota. Chociaż nic się nie dzieje, zza rogu nie wyskakują zamaskowani seryjni zabójcy, nikt nikogo nie pali w piecu na czarownice, czujemy, że coś jest nie tak. Coś wisi w powietrzu, ale nie w ten oczywisty sposób, gdy każda strona przybliża nas do rozwiązania zagadki. We „Wnykach” zagadka właściwie rozwiąże się sama, ale nie zawiedziecie się. Każdy sympatyczny wieczór przy kieliszku nalewki z proboszczem, randka z Mają, rozmowa z gospodynią Walasiakową, pogaduszki pod sklepem przy piwie, wszystko podszyte jest niepokojem.


Na tle „Znachora”, którego wiele osób chwaliło za humor i tempo, „Wnyki” przedstawiają się jeszcze lepiej. Autor ma świetne ucho do dialogów, czego najlepszym dowodem jest rewelacyjna pierwsza rozmowa pomiędzy Kosmą i Sylwią w sklepie. Mi osobiście najbardziej przypadł do gustu Kacper – każde jego pojawienie się w powieści to dowód na to, że używać wulgaryzmów można z fantazją i finezją. Kolejną zaletą jest brak dłużyzn: co prawda nie było to dla mnie rażące, jednak w „Znachorze” pewna część akcji była po prostu przegadana: troje bohaterów notorycznie siedziało nad kieliszkiem nalewki i porządkowało fakty dotyczące śledztwa. Bohaterowie „Wnyków” nie gadają – robią.


Jeśli miałabym do czegoś się przyczepić, byłby to główny bohater. O Kosmie wiemy stosunkowo niewiele – jedynie to, że sam uczęszczał do seminarium, z którego wyleciał z hukiem w wyniku skandalu. Poza tym nie ma nic, za co moglibyśmy go polubić lub znienawidzić – co w pewnym sensie jest zaletą na tle popularnej dziś tendencji to tworzenia bohaterów w zamierzeniu mrocznych i fascynujących, w efekcie zaś bucowatych i antypatycznych. Niewyjaśniona tajemnica oraz zakończenie wskazuje, że z Kosmą jeszcze się spotkamy, może więc postać policjanta nabierze jeszcze rumieńców.


Chociaż debiut Michała Śmielaka przypadł mi do gustu, „Wnyki” są moim zdaniem powieścią lepszą pod wieloma względami: akcji, intrygi, budowania napięcia, atmosfery. Tym, co bez wątpienia łączy te dwie powieści jest kwestia winy i kary. Podobnie jak w „Znachorze” autor zastanawia się, jak powinna wyglądać pokuta i czym jest sprawiedliwość. A co, jeśli ktoś w ogóle nie zasługuje na drugą szansę?


Aleksandra Woźniak

13 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie