• Aga K.

"Zaklinacz koni" Nicholas Evans


tytuł: "Zaklinacz koni"   
tytuł oryginału: "The Horse Whisperer"
autor: Nicholas Evans  
tłumaczenie: Jerzy Łoziński
wydawca: Wydawnictwo Zysk i Ska  
data wydania: 2021-12-03  
liczba stron: 350
ISBN: 978-83-8202-395-4

"Zaklinacz koni" jest dość znaną historią, może nawet niekoniecznie z książki o tym tytule, ale chyba bardziej z filmu nakręconego przed laty na jej podstawie. Ja osobiście nie miałam okazji zobaczyć tej filmowej adaptacji, stąd sięgając po raz pierwszy po tę lekturę, podeszłam do niej z nieco innymi oczekiwaniami niż osoby oglądające tę całą opowieść na ekranie. Nie byłam pewna właściwie czego się po niej spodziewać. Wiedziałam, że to debiutancka powieść autora, która ukazała się przed ponad 25 laty i że swego czasu to był prawdziwy bestseller. Dałam więc tej książce czystą kartę...

Cała opowieść zaczyna się od tragedii - Grace Maclean, nastolatka zakochana w jeździectwie, ma wypadek - jadąc konno zostaje potrącona przez ciężarówkę. W wypadku ginie jej przyjaciółka, która wraz z nią wybrała się na przejażdżkę, a sama Grace i jej koń, Pielgrzym, zostają ciężko ranni. Kiedy dochodzą do siebie fizycznie, okazuje się, że psychika obojga pozostaje poraniona. Zdeterminowana matka dziewczyny postanawia temu jakoś zadziałać. Kiedy trafia na informację o tajemniczym zaklinaczu koni, stawia wszystko na jedną kartę - pakuje Grace i Pielgrzyma do samochodu i wyjeżdża do dalekiej Montany z myślą, że jeśli pomoże koniowi wrócić do równowagi psychicznej, być może uda jej się pomóc także córce...


Wbrew pozorom, Grace i jej koń, Pielgrzym, nie są tu głównymi bohaterami, podobnie jak tytułowy zaklinacz koni. Wydaje mi się, że raczej jest to Annie, nieustępliwa, pewna siebie pani redaktor, która po tym tragicznym wypadku zaczyna powoli przewartościowywać swoje życie, swoje relacje z córką i mężem, spojrzenie na świat. Autor poświęca jej bardzo dużo uwagi, najbardziej to widać we fragmentach z jej nieco szalonej podróży z córką i pobytu na farmie.

Historia opisywana w tej książce jest trudna, żeby nie powiedzieć dramatyczna - jest tragiczny wypadek, który zostawia okaleczonych fizycznie i psychicznie dziewczynkę i jej konia. Jest nie do końca dobra sytuacja rodzinna. Pojawia się zaklinacz koni, który również nie ma idealnego życia. A w tym wszystkim jest mowa o cierpliwości, zrozumieniu, poszukiwaniu siebie, radzeniu sobie z tragiczną przeszłością. Oczywiście jest też miejsce na uczucia, na zakazaną namiętność, która może wiele zmienić w życiu bohaterów.


Tajemnicza postać zaklinacza koni jest według mnie najciekawsza w tej historii i trochę żałuję, że był on nieco na uboczu. Posłużył autorowi raczej za bohatera, który ma może i ważną funkcję w opowieści, popycha niejako akcję, ale zarazem nie jest główną i najważniejszą postacią, a więc nie poświęcił mu wystarczająco wiele uwagi i rozwiązał jego wątek w sposób dość niefortunny (przynajmniej moim zdaniem).


Poza tym interesujący jest opis amerykańskiej prowincji, jaki serwuje nam autor - nieco stereotypowi kowboje z Montany i ich zajęcia, jak znakowanie bydła czy tresura koni, ale też spokojna egzystencja zgodnie z naturą, nieskażona pogonią za pieniądzem czy karierą. Bardzo fajnie pokazane jest zderzenie nowojorskiego życia Annie z nieco idyllicznym życiem mieszkańców Montany. Poza tym jest tu bardzo dużo opisów otoczenia i sporo o koniach - jeździectwie, czy właśnie ich "zaklinaniu".

Opowieść ta snuta jest w stylu dość suchym, surowym, jakimś takim pozbawionym emocji, ale przy tym, o dziwo, wzbudzającym emocje. Właściwie można było odczuć, że to napisał mężczyzna, bo nacisk został tu położony na nieco inne rzeczy, niż w książkach pisanych przez autorki-kobiety, a więc mniej tu się mówi o uczuciach, a więcej o tym, co widać, o czynach bohaterów. Zabrakło mi przy tym trochę lekkości i subtelności w narracji i wypowiedziach postaci.


Ogólnie mam problem z językiem tej książki, nie wiem czy to kwestia tłumaczenia, czy po prostu tak napisał to autor, ale niektóre zdania brzmią dość topornie i nienaturalnie, choćby "Tom pobrał się z ...". Czy nie lepiej by brzmiało: "ożenił się"? Mam wrażenie, że tłumacz, zamiast skorzystać ze słów bardziej powszechnie używanych, skupił się na tym, żeby całość przetłumaczyć na poprawną, literacką polszczyznę, zapominając o tym, żeby to było przystępne dla czytelnika i płynniejsze, a co za tym idzie lżejsze w odbiorze. W ogóle sporo w tej powieści słów dla mnie nieznanych, np. korrale (to zagrody dla bydła, słowo u nas nie używane, a będące polską wersją amerykańskiego corrale - sprawdziłam w Internecie), czy określeń związanych z jeździectwem, do których nie ma przypisów, a które moim zdaniem powinny być wyjaśnione dla laików takich jak ja.


Przyznam szczerze, że naprawdę nie wiem jak ocenić "Zaklinacza koni"... Z jednej strony czytałam tę książkę z dużym zainteresowaniem, cała historia w niej opowiedziana była momentami naprawdę wciągająca, a opisy otoczenia, mimo swojej surowości okazały się wyjątkowo barwne i obrazowe. Tak samo postać zaklinacza koni, tak nietypowa i w sumie nie znana w naszym kraju, nadała tej książce nieco oryginalności. Z drugiej jednak strony pewna niezgrabność narracji, nie wiem czy odautorska, czy wynikająca z tłumaczenia, przeszkadzała mi nieco w odbiorze, a niektóre rozwiązania fabularne okazały się, moim zdaniem, nietrafione.

Na pewno nie żałuję, że sięgnęłam po tę książkę, ale myślę, że nie wrócę do niej więcej. Była dobra, ale zarazem nie na tyle, żeby zostać mi w głowie, zaskakująca, ale czasem w sposób niekoniecznie pozytywny, oryginalna, choć niepozbawiona przy tym stereotypów, choćby w budowaniu postaci. Nie mogę jej więc polecić, nie będę też odradzać. Czytacie na własną odpowiedzialność ;).



#zaklinaczkoni #nicholasevans #zyskiska #powieśćobyczajowa

52 wyświetlenia0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie