Error message here!

Error message here!

Zapomniałeś/aś hasła?

Error message here!

Error message here!

Error message here!

Error message here!

Zapomniałeś/aś hasła? Podaj swój adres e-mail.
Otrzymasz link, dzięki któremu zresetujesz hasło.

Error message here!

Powrót do logowania

Close

Twórczość użytkowników

Jeździec

Była ciepła wiosenna pogoda, między wysokimi, iglastymi drzewami hulał ciepły wiaterek, który rozwiewał włosy jeźdźca sięgające do ramion. Jechał spokojnie na swoim brązowym, smukłym koniu.
- już niedaleko Klara.
Powiedział jeździec do swojego konia, którego tak nazwał.
-Niebawem powinniśmy my wyjechać wprost na wioskę, osadę a może na gród. Ty dostaniesz owies i ciepłą stajnie a ja piwo i coś do jedzenia. Kto wie może jakaś chętna dziewka się trafi? Jeździec wyjechał z lasu wprost na drogę, często uczęszczaną, świadczyły o tym koleiny oraz resztki jedzenia. Jeździec ruszył wzdłuż drogi tak jak przewidywał wyjechał wprost na osadę, którą okalał drewniana palisada i nie wielkiej wysokość drewniana brama wjazdowa z opuszczaną żelazną bramą. Nie opodal stał zajazd, na szyldzie było napisane „ Pod Bramą Wjazdową”
Jeździec podjechał pod bramę, był pewien, że o tej porze bramą będzie zamknięta, nie mylił się. Mimo usilnych krzyków i nawoływań żaden ze strażników nie wyszedł. Trudno się dziwić, był środek nocy a prawo zakazywało wpuszczania kogokolwiek po zmroku. Zrezygnowany podróżny zawrócił swojego konia i skierował się ku karczmie. Jeździec zawołał chłopaka, który kręcił się nie daleko. - dam ci 3 dukaty, jeżeli zajmiesz się moim koniem jak należy, zgoda?
Chłopiec głupkowato popatrzył na jeźdźca i na jego konia.
- natychmiast panie, co rozkażesz.
Chłopiec zaprowadził konia do stajni natomiast podróżny wszedł do oberży. W zajeździe było pełno dymu a w powietrzu unosił się zapach pieczonej dziczyzny. W środku znajdowało się kilkunastu gości, 3 kupców ubranych skromnie niezbyt wyzywająco, 2 kobiety, które obsługiwały gości, jedna była pulchna a druga szczupła wręcz do przesady, jeden rycerz ze herbem na piersi, który nie krył się ze swoim stanem społecznym i czterech mnichów w podróżnych habitach. W samym końcu sali, ledwo zauważalni siedzieli trzej mężczyźni, co jakiś czas spoglądając na nowego gościa. Jeden z nich, najpewniej przywódca był gruby a głowę miał ogoloną, był ubrany w czerwony kubrak nabijany srebrnymi guzami, za pasem miał dość sporej wielkości buzdygan. Dwaj pozostali byli ubrani skromnie a przy boku mieli zwykłe brzeszczoty.
Przyjezdny nie zwracając na nich uwagi podszedł do gospodarza zajazdu.
- Co podać ?
Zapytał natychmiast mężczyzna za ladą.
- piwo.
Odparł krótko i treściwie nowy gość.
- O które otwierają bramę wjazdową ?
Spytał ponownie gość.
- Dopiero o świcie, wraz z pierwszym pianiem kura.
Odpowiedział gospodarz nalewając jasnego piwa do glinianego kufla.
- Znajdę u was pokój ?
Właściciel przyglądał mu się przez chwilę w końcu odpowiedział. Mężczyzna stojący na wprost niego był ubrany w prosty, czarny płaszcz. Na plecach miał skurzoną pelerynę. Buty wysokie, sięgające kolan również były brudne. Za pasem miał jedynie sztylet i miecz.
- Pokój i owszem znajdzie się, ale to kosztuje. Dla ciebie 10 dukatów, normalnie biorę 15.
- Biorę.
Odpowiedział przyjezdny bez chwili zwłoki.
- I tak nic innego w okolicy nie znajdę, a do świtu jeszcze daleko.
- Obawiam się, że masz rację, bramę nie prędko otworzą a w okolicy innej karczmy nie znajdziesz.
Potwierdził karczmarz.
Nowo przyjezdny wziął ze sobą piwo i usiadł w rogu przestronnej sali skąd był dobry widok na resztę gość.
W pewnym momencie otworzyły się drzwi, do środka weszła zakapturzona postać. Była ubrana w gruby, ciepły kożuch sięgający bioder, miała na sobie czarne, skórzane spodnie a na noga również czarne, wysokie sięgające kolan buty na wysokim obcasie. W wokół bioder miała zawieszony szeroki, skórzany – oczywiście czarny – pas ze słota klamra. Do złotego łańcuszka przypięta była mizerykordia. Kobieta zdjęła kaptur z, pod których ukazały się blond włosy sięgające ramion. Miała zimne, błękitne oczy. Na oko mogła mieć maksymalnie 20 lat.
W sali nagle zawrzało, najgłośniejsi byli mężczyźni w samym końcu sali. Kobieta zdecydowanym krokiem ruszała w kierunku gospodarza pod drodze rozpinając kożuch odsłaniając biała, bawełnianą koszulę, której dekolt był sporych rozmiarów.
- Co podać panience ?
Zapytał karczmarz z zadowoloną miną.
- Znajdzie się u was wino ?
Spytała kobieta. Delikatnym, aksamitnym głosem.
- Pani wybaczy - zająknął się gospodarz - ale ma jedynie jasne piwo. Wino już dawno się skończyło. Zresztą i tak nikt tutaj go nie pije.
- Trudno.
Wzruszyła ramiona kobieta.
- W takim razie niech będzie piwo. A i wezmę ciepła izbę na jedna noc.
- Jak pani sobie życzy.
Karczmarz klasną w dłonie, podbiegła jedna z obsługujących dziewcząt, wydał polecenie, dziewczyna natychmiast pobiegła na górę.
Kobieta o błękitnych oczach wzięła ze sobą piwo i udała się do najbliższego stolika. Przywódca bandy siedzącej w głębi, staną, wciągnął swój gruby brzuch najbardziej jak tylko mógł. Wypił łyk piwa na odwagę a następnie zaszedł drogę kobiecie o zimny, błękitnych oczach.
- Czy jaśnie pani nie potrzebuje może towarzystwa ?
Odezwał się grubas, uśmiechając się przy tym obleśnie. Z jego ust wydobywał się smród piwa, czosnku i cebuli.
Kobieta przyglądała mu się w milczeniu przez krótki czas, później kątem oka spojrzała na jego kompanie.
- Nie, dziękuje waszmościom, ale nie potrzebuje towarzystwa, a ni pana, a ni waszej kompani.
Odpowiedziała najsympatyczniej jak tylko mogła.
- Kobieta pani urody nie powinna samemu i bez eskorty przebywać, zwłaszcza w takich miejscach jak to gdzie roi się od zbójców, gwałcicieli i innego tałatajstwa.
- Dziękuje waszmości za cenną radę, ale mimo to i tak nie skorzystam, umiem o siebie zadbać.
- Nie wątpię szlachetna pani. Ale uprzedzam, samotna i bezbronna kobieta stanowi łatwy cel dla mężczyzn. Oni tylko czekają na taką okazję.
- Jeszcze raz dziękuje za pańską pomoc i za rady dla mnie. Ale tak jak już wcześniej powiedziałam, potrafię o siebie zadbać i nie potrzebuje nikogo do towarzystwa. A teraz, jeśli pan raczy wybaczyć, chciałabym usiąść przy stoliku i wypić swoje piwo, a następnie pójść do swojego pokoju na górze, gdzie czeka na mnie balia z ciepłą wodą.
Przywódca bandy ani myślał tak łatwo się poddać, postanowił jeszcze raz spróbować swoich sił.
- Szlachetna pani, prosimy się do nas przyłączyć.
- Ogłuchłeś czy jak jak, nie życzę sobie waszego towarzystwa, a teraz zejdź mi z drogi.
Mężczyzna nadal stał jak dąb, nagle chwycił ją za ramię, mocno i stanowczo.
- Puść mnie to boli.
- Bo ci mi zrobisz paniusiu ?
- Puść ją !
Odezwał się nie wiadomo skąd głos mężczyzny, który przez cały ten czas siedział w rogu sali.
- Zamknij się i wracaj na swoje miejsce, to nie twoja sprawa.
Grubas szarpnął kobietę za rękę, przyciągając ją do siebie.
- To jak będzie, przyłączysz się do nas czy nie ?
- Puść tą pani, powiedziała, że nie życzy sobie ani twojej ani twojej kompani towarzystwa.
- A ty co, głuchy czy głupi jesteś, he ? Zjeżdżaj stąd.
- Dam wam dwie możliwość, puścicie ją wolno i każdy z nas pójdzie w swoją stronę.
- A ta druga możliwość ?
- Ty zginiesz, jako pierwszy, później twoi ludzie. Powiem że była to walka w obronie własnej, Karczmarz potwierdził, prawda gospodarzu ?
- Prawda.
Zgodził się właściciel zajazdu.
Grubas pchnął dziewczynę na bok, dobywając swój buzdygany.
Mężczyzna w mgnieniu oka dobył swój miecz, stanęli na wprost siebie. Grubas zaatakował pierwszy, atakował z ukosa swoim orężem przecinając gęste powietrze, mężczyzna zgrabnie unikał ataków, wreszcie bronie zgrzytnęły o siebie, w tym momencie mężczyzna z całej siły uderzył grubasa prosto w nos swoją pięścią.
Grubas upadł na ziemię łapiąc się na nos, z którego spływała krew kapiąc na podłogę.
- To wasza ostatnia szansa. Wynoście się stąd.
Grubas popatrzył na niego klękając na jedno kolano jednocześnie trzymając się za krwawiący nos.
Wstał powoli, nadal w ręce trzymał buzdygant. Zamachnął się. Nie potrzebnie, mężczyzna finezyjnie i bez większego problemu uniknął ciosu, jednocześnie w tym samym momencie ciął swojego przeciwnika prosto w brzuch.
Grubas najpierw upadł na kolana, później spojrzał na swój zakrwawiony kubrak, później na coraz większą kałużę krwi, która w wokół niego powstawała.
W reszcie padł jak długi, upuszczając swoją broń.
Jego konfratrzy przez krótki czas patrzyli jak ich dowódca pada na podłogę. Nie zastanawiając się dłużej wzięli swój dobytek i natychmiast wybiegli z izby.
Kobieta w stanęła, otrzepała się z kurzu, spojrzała na mężczyznę, który w tym czasie chował swój miecz do pochwy.
- Dziękuje za pomoc, gdyby nie ty nie wiadomo jak by się to skończyło.
- Nie ma, za co, dla mnie to żaden problem.
- Jak ci na imię ?
- Jakub
Kobieta delikatnym ruchem warg uśmiechnęła się.
- Gdzie się tak nauczyłeś walczyć ?
- Służyłem u króla Karola, w jego osobistej straży.
- Co się stało że wylądowałeś aż tutaj ? - Król miał piękną córkę imieniem Izabelę.
- Co noc zakradałem się do jej łoża aż w końcu nas nakryto. Ją wysłano do klasztoru, a mnie wychłostano i wyrzucono ze straży. Teraz jeżdżę od miasta do miasta i szukam roboty. A co ciebie pani sprowadza do tego obskurnego miasta ?
- Dokładnie to samo, co ciebie, również szukam pracy, w moim fachu ciężko o stały dach na głową.
- Czym się zajmujesz ? Jeśli pozwolisz spytać.
- Pozwolę, leczę choroby, odczyniam uroki czasami je przywołuje, generalnie robię wszystko to, za co ludzie mi zapłacą.
- Jesteś guślarką, czarownicą czy wiedźmą ?
Spytał mężczyzna z ociąganiem oglądając się na boki czy nikt ich czasem nie podsłuchuje.
- Nazywaj to jak chcesz. Pomagam ludziom w miarę swoich możliwości.
- jak masz na imię ?
- Yennefer

Autor: Gość


RÓŻOWE OKULARY cz. 1

    Mówią, że jestem młody, ale czuję się staro, podobno przystojny, ale kiedy widzę w lustrze twarz — patrzenie na nią boli, rozrywa gdzieś od środka. Ból psychiczny można zabić jedynie fizycznym – naciąć lekko skórę żyletką, posypać solą — nic tak nie zabije bólu skrajnych emocji, jak właśnie ten ran cielesnych. Zasypiam, płytko, krótko, budząc się często, czuwam gotowy do zrywu. Może gdybym urodził się wcześniej albo później, jak mój brat Damian, może gdybym wiedział, kim jestem, wtedy byłoby łatwiej, może by tak nie bolało...
  Mam 21 lat. Nazywam się Rafał Działo. Jedni, kiedy to słyszą, szydzą ze mnie, inni z powagą, acz lekkim niedowierzaniem podają rękę. A przecież ja tego nazwiska nie wybrałem! Nawet imienia, chociaż daje siłę, szczególnie kiedy jest wypowiadane pieszczotliwie z pełnią miłości w głosie, którą powinienem czuć jako szczerą. To od niedawna. Do tego czasu byłem Rafałem, który bał się, nie miał prawa zasnąć, był skazany na czuwanie. Który każdego dnia udowadniał, że jest wartością samą w sobie, jest czymś więcej niż workiem treningowym.
Nie można kochać, a jednocześnie tak nienawidzić! A jeśli to jest możliwe, to zaczynam rozumieć termin "toksyczna relacja”, o którym czytam w pismach psychologicznych, ale czy można być aż tak toksycznym dla własnego dziecka?
Boję się... teraz ja będę toksyczny w swojej relacji partnerskiej. Użyję nabytej w domu destrukcji — nie będę bił, zabiję słowem.
  Ja, Rafał, syn Mariana, lat 43 - trep wojskowy w randze pułkownika i Alicji, lat 39 z domu Marczak, z zawodu kura domowa, uległa, całkowicie podporządkowana i posłuszna władzy w mundurze. Ja, w różowych okularach, które od 13 roku życia chronią mnie przed obłędem, dają pozorowaną wolność, ucieczkę przed oprawcą, ale i prowokują oprawcę do bycia większym zbrodniarzem. Iluzja i ucieczka nie są bytem stałym, jedynie emanacją zbrodniarza, który dzierży mój byt w swoich łapskach. Czy mogę być ponadto i czekać na łaskę Pana? Czy to będzie mój własny, wybrany przeze mnie los? Czym będzie owo uwolnienie, śmiercią, czy może życiem pełnym radości i prawdy. Wkurwiają mnie te frazesy o szczęściu, radości i prawdzie.
Maciek namówił mnie do pisania o sobie. Podobno mam zdolności literackie. Serio...? Domyślam się, że tym sposobem wymusza na mnie efekt terapeutyczny, nabazgram parę bzdur, parę nic nieznaczących frazesów, parę zdań, które zakręcą łzę nie jednej piździe w oku, która może, gdzieś to przeczyta na jakimś blogu, litując się: Boże, jaki biedny chłopak. W dupie mam litość, to musi być jasne! Nie ma litości dla takich jak ja, niszczących siebie, ale co gorsza, niszczących to, co z takim trudem zdołali zbudować. A zresztą, co ja takiego zbudowałem. Wszystko, co mam, zawdzięczam Maćkowi. Swoją drogą, facet ma anielską cierpliwość, która powinna być nagrodzona ułaskawieniem. Maćka poznałem, kiedy mieliśmy po 13 lat. Razem w ławie gimnazjalnej, potem w licealnej, ale relacje partnerskie przybrały na znaczeniu intymnym dopiero po kilku latach przyjaźni.
  Gimnazjum to czas mojego buntu złości, agresji, targały mną myśli o skończeniu ze sobą. Te fantazje — zakatuje mnie na śmierć, kiedy w nocy wyrywał ze snu, ciągnąc za włosy, wlokąc ciało po podłodze, a potem zaczynał kopać. Nie krzyczałem, nie jęczałem – bez łez, patrzyłem prosto w jego psychopatyczne ślepia. Warczałem głosem demona. - Napierdalaj! Nie żałuj sobie! - wtedy przestawał. Intuicja przetrwania? Kiedy nie ulegasz psychopacie – obnażasz go. Piana leciała mu z ryja. Wyzywał mnie od ciot, pedałów, cwelów i lachociągów. Czy to były jego fantazje, pragnienia? Miałem wrażenie, że woli mnie zabić, niż miałby uświadomić sobie swoje własne potrzeby. Poobijany wracałem do łózka, słysząc z tyłu głowy słowa matki: - "Mam nadzieję synku, że już więcej nie popełnisz tego błędu i nie sprowokujesz taty”. - Sprowokujesz taty... Ja pierdole! Musiałbym przestać oddychać, wtedy z lubością zgasiłby kolejnego peta na mojej dłoni – taki psychopatyczny rodzaj resuscytacji – kiedy serce jest na pograniczu aktywności, lekarze dokonują iniekcji epinefryny, która powoduje natychmiastowe przyspieszenie akcji, wzrost ciśnienia tętniczego, rozszerzenie oskrzeli, a także źrenic – to wszystko powoduje, że wracasz z krawędzi życia i śmierci... do życia. Ten sam efekt osiągał, gasząc peta na mojej dłoni, czasem klatce piersiowej.
  Pomimo tak wielu, to wszystkie pamiętam — każdą sekundę, każdy kopniak, policzek, uderzenie, ból, każdy siniak, uczucie stłamszenia, sponiewierania, wyklęcia, przeklęcia. Każdy jego krzyk, zamach nogi do skopania, każdy mars na jego twarzy. Każde przekleństwo, wyzwiska huczą w mojej głowie jak fantazja o rozbijanym talerzu o posadzkę podłogi przez matkę w proteście i obronie poniewieranego syna – "...bękarcie, łachmyto, jebany debilu, koniobijco z małym chujem...” – to tylko fantazja, tylko fantazja – skończyła wycierać talerz ścierą, odłożyła na półkę, wykonywała tę czynność z takim samym namaszczeniem i niewzruszeniem, jak delektowanie się kawą w jadalnym przy czytaniu artykułu o wydarzeniach z Bliskiego Wschodu, które wzbudzają w niej takie samo zainteresowanie, co zeszłoroczny śnieg na trawniku przed blokiem.
Ja jestem śniegiem, który coraz szybciej topnieje, mając świadomość, że tego procesu nie da się zatrzymać. Czuję, że odchodzę, powoli osuwam się w otchłań czerni, a gdy wejdę tam, odwrotu nie będzie i gdyby wtedy, jakimś cudem, obudziła się i rozbiła ten cholerny talerz o posadzkę, to byłoby za późno. Czy to możliwe, że to są moi biologiczni rodzice, biologiczna matka, która nie broniła własnego syna przed mężem psychopatą? Chciałbym, żeby okazali się kimś obcym, wtedy mógłbym to łatwiej zrozumieć, łatwiej poukładać w swojej łepetynie. Poszukać prawdziwych rodziców i dać im szansę pokochania mnie.
  Kiedy kocham jest dla mnie Maćko, Maciusiem, Misiem, Niuńkiem, a kiedy nienawidzę,  jest lustrem, w którym dostrzegam odbicie swojego oprawcy, ale to ja dzierżę narzędzie zbrodni w głowie. Nie biję, nie kopię, nie wyzywam, ale upokarzam oziębłością, odrzuceniem, fochem, nienawistnym spojrzeniem. Zabijam słowem, które oddala mnie od mojej miłości, tej wymarzonej i wytęsknionej z ławy gimnazjalnej. Jego upór i mądrość zatrzymują mnie w swoistym tańcu z zimnym emocjonalnie tasakiem, którym jest moje ciało, zimne jak trup i nieprzystępne jak jadowity wąż. Każda próba zbliżenia grozi śmiertelnym ukąszeniem. Jestem wtedy nim, swoim ojcem. Odtwarzam to, co znam z autopsji popieprzonego dzieciństwa — tak bardzo kocham, że aż muszę "zabić”.
  Maciej wzbudza mój podziw. Gdybym był na jego miejscu, nie udźwignąłbym tej patologii nawet przez jeden tydzień, kiedy on już trwa przy mnie parę dobrych lat — wcześniej jako kumpel i przyjaciel, a teraz jako partner, mimo wszystko kocha i szanuje. A jednak nie potrafię tego docenić. Otrzymałem od losu coś, o czym inni mogą tylko marzyć. O czym mogą czytać w tanich romansidłach za grosze z moherowych dyskontów – Ja... mam to każdego dnia, każdego poranka z zapachem kawy, kiedy Maćko wstaje o siódmej, biegnie do kibelka, włącza ten miałki program informacyjny: "Wstajesz i ssiesz”, wlewa wodę do czajnika, pstryk – 2000 Watów wyżera prąd, jak mój ojciec moją witalną, młodzieńczą radość i siłę – rzuca w przestrzeń budzącego się dnia naszego M-4 beztroskie: Misiek! Kawa? - Tak, kawa... - Odpowiadam z poranną deprechą, ociężale, niewyspanym, zachrypniętym głosem.
Często złoszczę się na to, że nie potrafię docenić piękna budzącego się dnia. Często, przekornie piję czarną herbatę z cytryną. Może dlatego, że nigdy nie pamięta o ich kupieniu, wtedy mam powód do ataku Biedak, wytresowałem go jak psa, który idąc na spacer, pamięta o szacunku dla swojego pana.
  Nie jadamy śniadań. Czasem coś mi strzeli do głowy i zrobię owsiankę z mlekiem, brązowym cukrem, latem dorzucam garść świeżych malin lub kilka kawałków brzoskwiń. Pomimo całego swojego spierdolenia — w przeciwieństwie do Maćka, odżywiam się zdrowo. Dbam o lekką kuchnię — na obiad warzywa gotowane na parze, czasem pieczone z chudym indykiem w rękawie, kolacja maksymalnie do 19. Lekkie kanapki z razowym pieczywem posmarowane twarożkiem z jogurtem, a na nim starannie ułożone rzodkiewki, wszystko posypuję siekaną pietruszką lub koperkiem. Maciuś uśmiecha się słodko, udaje, że mu smakuje, ale przecież wiem, że najchętniej zjadłby kawał pizzy pepperoni, tudzież kebaba z pobliskiej budki za rogiem, a jeszcze lepiej kurczaki z KFC... ohyda!
  Zwlekam "stare” ciało z wyrka. Muszę wstać. Muszę wziąć prysznic, muszę się ubrać, muszę wyjść z domu, wsiąść do autobusu, spędzić w nim 45 minut, wykorzystując czas na nanoszenie poprawek do tłumaczeń, które wykonuję dla swoich stałych klientów — dzięki nim mam poczucie, że moje bytowanie z Maćkiem nadaje temu wszystkiemu jakiś egzystencjalny sens. Chociaż te parę groszy do wspólnego gara z jedzeniem, najmem mieszkania, rachunkami za wodę, prąd, gaz, kablówkę z Internetem. Rachunki, rachunki, pieprzone rachunki! Taki ma być cel mojego, młodego życia — płacenie rachunków wbrew oczekiwaniom Maćko, który uważa, że nic nie muszę robić! Jako wzorowy partner, ogarnia przecież wszystko – zarabia tyle, że wystarczy na życie, podróże i cokolwiek tam jeszcze. Tylko kim bym wtedy był? Ubogim cherubinkiem z patologicznej rodziny, który leży, pachnie, marudzi, wzniecając histeryczne wojny o byle gówno? Czasem wpadną dwa patole miesięcznie, czasem trzy – opłacam te jebane rachunki. Jestem ogarniętą patologiczną, histeryczną piczą, która zna kilka języków obcych, przecież jakoś musiała chronić się przed ciągłym lękiem na gównianym Targówku, więc nurkowałem w książki, a że podręczniki do języków obcych pochłaniały cały wolny czas, dawało to alibi, chroniło przed biciem — tak poznałem sześć języków: Angielski, niemiecki, francuski, hiszpański, włoski i rosyjski.
  Maciej to zorganizowany typ, jego rozkład dnia jest stały. Wybiła 9., pewnie siedzi przy kompie, sprawdza ilość zamówień — ma ich w cholerę, jak zwykle — jest jednym z najlepszych sprzedawców, tym, co to w Internecie wzbudzają zaufanie na pierwszy rzut zielonych komentarzy. Pakuje te chińskie gówna w bąbelkowe koperty, przed obiadem sprint na pocztę, podliczy kwity, a za trzy godziny wyśle "dumnego SMS-a” z informacją o dzisiejszych obrotach. Najmarniej 1500, średnio 2500, szampana będziemy pili przy pięciu tysiącach złotych — zdarzało się, nie rzadko.
Nie przepadam za bąbelkami. Mój osobisty kat świętował awanse tym gównem, a kiedy ojebał parę butelek, urządzał polowanie, dopieprzał się o byle gówno, a ja stałem jak to nieruchome cielę z wielkimi, przerażonymi, niebieskimi oczętami, które wiedziało i czuło, że koniec jest bliski, kat trzyma w ręku narzędzie bólu i jest tylko kwestią czasu, kiedy skończy tyradę werbalną, aby przejść do tej fizycznej, gdzie ból ciała jest tylko przerywnikiem bólu duszy – towarzysz mojego życia odkąd pamiętam.
  Podobno ładnie się uśmiecham. Wyuczyłem się tego odruchu jak małpka żonglerki w cyrku. Tak naprawdę moje wnętrze jest smutne, pełne lęku, konfliktów, sprzecznych emocji, z którymi nie potrafię dać sobie rady. Kiedy przybierają masy i podpływają pod sam czubek korka, potrafię wystrzelić jak wulkan — nic mnie nie zatrzyma – wtedy boją się mnie... jak ja, będąc niszczonym pięciolatkiem, którego katowano sznurem od żelazka po całym ciele — za nic, tylko za to, że starał się kochać, zbliżyć, przytulić, poprosić o bajkę na dobranoc.
Maciej zdecydował, że od tego roku nie rozpocznie nauki na uczelni wyższej. Kiedy zamieszkaliśmy razem — a właściwie postawił mnie przed faktem dokonanym — na drugi dzień po rozpakowaniu gratów, książek, powieszeniu jego 55 calowego Samsunga na ścianie sypialni, przy porannej kawie, oświadczył, iż zastanawia się nad odłożeniem edukacji w czasie. Osłupiałem. Nie rozumiałem. Przecież studia są cholernie ważne! Pytam: Dlaczego, skąd taki pomysł? Maciek wzruszył ramionami, mówiąc — A do czego one są mi potrzebne na ten moment? - O rzesz… - No jak do czego!
  Czuł i widział, że zaczynam się gotować, że wzbiera we mnie lawa braku akceptacji dla jego decyzji. Próbował mnie uspokoić - Ralfi, posłuchaj, ja jeszcze nie podjąłem decyzji, powiedziałem tylko, że się zastanawiam... - Dostałem wkurwu.
Nie podjąłeś decyzji? – krzyczałem — Ja ciebie znam, ta decyzja już dawno została podjęta i powiem ci więcej, ponownie nie uwzględniłeś mnie w podejmowaniu "swoich” decyzji, a wydawało się, że jesteśmy razem i że takie decyzje powinniśmy podejmować wspólnie! Widzę, że ta dyskusja nie ma sensu! Wychodzę do twojej matki ogarniać tłumaczenia dla Niemców! - Zerwałem się z krzesła, które siłą mojego podrywu straciło stabilizację i pierdolnęło oparciem o parkiet podłogi. Widziałem kątem oka, jak Maciej ruchem głowy to w prawo, to w lewo, ze wzrokiem wbitym w okno wyrażał zrezygnowanie, jakby mówił do siebie — Dlaczego, dlaczego on to robi, dlaczego odpierdala ten teatr. Ruszyłem z prędkością światła z kuchni do przedpokoju, kiedy włożyłem płaszcz, podszedł do mnie, stanął za plecami, próbował się przytulić. Zareagowałem ostro — obruszony, obkurczony, sztywny odrzuciłem go, trzasnąłem drzwiami, rzucając "cześć”. Zbiegałem po schodach tak szybko, żeby nie mógł dogonić, dopaść, próbować przepraszać, tłumaczyć, zjednywać. Kiedy wyskoczyłem jak oparzony przez drzwi klatki schodowej, kierując się do głównej ulicy na przystanek autobusowy, triumfowałem!!! Zostawiłem go – samego, osadziłem tyle winy, ile dało się pomieścić w jego emocjach. Pomimo to, że mam tę świadomość, jak on w tamtym momencie mógł się czuć w przeciwieństwie do moich triumfalnych impulsów, nie było we mnie momentu, kiedy nawet myślą mogłem zawrócić, wejść na górę i przeprosić, bo to przecież ja wiem najlepiej, czy te studia są mu potrzebne, czy powinien jeść owsiankę, a w końcu, co dla niego jest dobre, a co nie jest – on jest… moją ofiarą, a ja jego katem.
Upłynęło kilkanaście godzin, kiedy laur zwycięstwa odpłynął, mój "kat” przygasł, a do mnie dotarło, że Maćko nie do końca takie decyzje podejmuje dla siebie, zapewne chce poświęcić się zarabianiu pieniędzy, czyli de facto utrzymaniu nas obydwu na dobrym poziomie, a może właśnie to mnie wkurwia — oto Maciej — ten zaradny, zarabiający, mający kupę najlepszych pomysłów stawiający siebie na piedestale "głowy rodziny”. A ja? Ogarnięta patologia, zgodna i uległa, bez wyjścia awaryjnego, skazana na łaskę pana.
Dopiero późny wieczór uświadomił, że przecież muszę wrócić do domu, wejść do mieszkania, jakoś z nim rozmawiać. Chwyciłem za telefon.
- Jest dość późno, nie mam bladego pojęcia, o której skończę te tłumaczenia dla twojej mamy, to przyjedź po mnie o drugiej. - I co słyszę w słuchawce?
- A gdzie poproszę? - No kurwa mać...! Ja mam prosić??? Never! Mai! никогда! Moment — czy ja nie reaguje zbyt histerycznie? Przecież nie jestem ciotą! Skoro chce, żebym go poprosił, okey, będzie to miał! Telefon w dłoń — Więc okey, poproszę. - Mówię jasno i dosadnie do słuchawki swojego Note’a.
- Kochanie, więcej czułości, mniej złości, jak będziesz gotowy, to zadzwoń – usłyszałem. What the fuck…!? A może to dobrze? Może trzeba mnie utemperować, jak burą sukę — na jego miejscu dawno bym się spakował, jebnął drzwiami, zostawił kartkę na stole: "Jak się ogarniesz matole, to zadzwoń” i tyle by mnie widzieli, a tutaj facet nie dość, że ma anielską cierpliwość, to jeszcze niewygórowane wymagania – prosi jedynie o zwykłe "proszę” - no, tyle że on prosi o czułe "proszę”... nie potrafię, no przynajmniej na ten moment nie potrafię! Z drugiej strony, wracanie nocnymi do Legionowa? Jego matka nie po to użyczyła Hondę, żeby stała na parkingu pod blokiem i rdzewiała, kiedy naprawdę jest potrzebna!
- To ja bardzo proszę. – Wydusiłem z siebie jak kot srający na deszczu…
- Okey, będę. - Odpowiedział, śmiejąc się do słuchawki. Czyli jednak mnie kocha... no musi mnie kochać, inaczej ciągnąłby tę gierkę w nieskończoność, aż pewnie bym się tak zaperzył i tak mu… Ech. Dobra. Przyjedzie.
  Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście… uwielbiam te miejsca jesienią — ciut wcześniej wychodzę z naszego mieszkania w Legionowie — wysiadam dwa przystanki przed uniwerkiem, robiąc poranny spacer. Lubie zimę, wprost uwielbiam oszronione gałęzie drzew, kiedy całe miasto jest takie czyste i białe, wtulam się wtedy w Maćka, nakrywam kołdrą po sam czubek nosa i jest mi zwyczajnie dobrze, bezpiecznie. Walczę z M. o otwarte okno. Nawet zimą uwielbiam, kiedy jest lekko uchylone, tak, aby rześkie powiewy, smagały moje wynurzone stopy spod kołdry. Kiedy byłem dzieckiem, zawsze spałem przy otwartym oknie. Dzisiaj dociera do mnie, że w ten sposób prowokowałem przeziębienia — tylko wtedy mogłem liczyć na jakiekolwiek zainteresowanie z ich strony. Dzisiaj jestem takim trochę małym chłopcem dla mojego Maćko... Czy oby na pewno potrzebuje małego chłopca przy boku? Co będzie, jeśli uzna, że chciałby mieć dojrzałego emocjonalnie partnera? Odejdzie?
  Maćko wychował się w pełnej rodzinie. Jego mama to klasyczna polska businesswoman, budowała firmę latami — dzisiaj osiągnęła poziom kiedy, może odpocząć, zarządzać biznesem z każdego zakątka świata. Pani Basia to bardzo czuła i dobra kobieta. Kiedy byliśmy kumplami, często otrzymywałem od niej wsparcie. Mogłem liczyć na pomoc i dobre słowo. Nawet wtedy, kiedy w jej firmie nie było dla mnie pracy, tak ustawiała obowiązki innych, aby jakaś część przypadła mnie w udziale. Dawało to poczucie bezpieczeństwa, zawsze dodatkowe parę groszy w kieszeni.
  Od 14 roku życia utrzymuję się sam. Górna półka w lodówce była zarezerwowana dla mojego młodszego brata — Damiana. To tam były najlepsze smakołyki, prawdziwa szynka, wiejskie kiełbasy, jogurty, słodycze. Mnie nie wolno było zapuścić tam żurawia, a co dopiero cokolwiek uszczknąć z tej półki łakoci. Byłoby to pretekstem do następnych rund z katem. Na dolnej, mojej królowało światło, szron i pustka. Czasem pojawiał się kefir, jakaś bułka, a w odruchu dobrego dnia dla zwierząt, kawałek podwawelskiej, tudzież mortadela. Nie znam smaku śniadania. W szkole za zarobione u mamy Maćka pieniądze kupowałem słodką bułkę, a popołudnia i wieczory spędzałem w ich domu, gdzie czekał na mnie obiad, uśmiech, ciepło normalnej rodziny — nigdy nie dano do zrozumienia, że jestem niemile widziany, wręcz przeciwnie.
  Tato Maćko jest dość mocno zasadniczym panem, można by rzec, grubo po 40stce dystyngowanym architektem — pan Andrzej. Od kiedy pamiętam, Maciek narzekał na relacje z tatą. Mówił, że to stary zgred, który go nie zrozumie. Czas pokazał, jak bardzo się mylił. Kiedy z miśkiem dokonaliśmy zupełnie przypadkowego wyjścia z szafy, to Pan Andrzej wyciągnął pomocną dłoń. Maciek miał taki podjazdowy, wkurzający styl rozgrywania względem swoich rodziców – uświadamiałem, jak nie szanuje staruszków, uśmiechał się wtedy pod nosem, mówiąc: - Nie mieszkasz tutaj, więc nie wiesz, jak jest naprawdę. - No może i nie mieszkałem, ale spędzałem z nimi tak wiele czasu, że pewien poziom wiedzy na temat funkcjonowania rodziny Woronowiczów miałem dość mocno ugruntowany.
Pamiętam, mieliśmy wtedy po 15 lat. Jak zwykle, wieczorem u Maćka na kwadracie, kiedy jego rodzice w pokoju gościnnym oglądali film dokumentalny o środowiskach homoseksualnych w Skandynawii. Maciek nagle wstał od monitora i jak to było w jego stylu, oświadczył, że idzie się odlać, pytając przy tym, czy przynieść coś z kuchni. Zostawił uchylone drzwi. Rodzice dyskutowali po obejrzanym dokumencie. Mama dość stanowczo wyraziła swoje zdanie – pamiętam, powiedziała coś takiego, co dawało ogromne poczucie empatii dla osób homoseksualnych. Tato nie oponował, potwierdził, że ci ludzie mają prawo do własnego życia przy pełnym wsparciu każdego cywilizowanego państwa. Maciek słysząc dyskusję, wyszedł z kuchni, nieprzerwanie krocząc do swojego pokoju, niczym w biegu, rzucił zdanie: - Świetnie, że tak dobrze to rozumiecie! Ostatecznie macie dwóch synów, zawsze istnieje szansa, że któryś z nich będzie gejem... - Osłupiałem! Dlaczego on to powiedział? Czy Maciek jest gejem? Kurczę — taki promyk nadziei zawitał w mojej głowie. Kiedy zamknął drzwi od pokoju, zapytałem: – Czemu im to powiedziałeś? - Bo wkurwia mnie, kiedy udają takich akceptujących, nowoczesnych, ogarniających, a prawda jest taka, że są starymi zgredami, którzy nie rozumieją moich podstawowych potrzeb!” - Usiadł wkurzony do komputera zanurzając się na następne parę godzin w Counter Strike-a. Odłożyłem podręcznik do włoskiego, położyłem się na jego kanapie — pomyślałem o swoich — przecież oni nawet nie byliby w stanie prowadzić takiej dyskusji, a nawet gdyby, to moja riposta byłaby pretekstem do następnego mega wpierdol. Wlepiając wzrok w plecy Maćko, pomyślałem: - Chłopie, nawet nie wiesz, jakie ty masz szczęście, będąc ich synem, ile bym oddał, aby to oni widnieli w mojej metryce urodzenia. Niestety, wybiła dwudziesta, czas było wracać z przepustki na gówniany Targówek.
  Cichutko przekręciłem klucz w zamku, rozglądając się bacznie, przemknąłem do mojego pokoju, tak, aby nie być zauważonym, aby nie zadano żadnego pytania — nie było ani dobrej, ani złej odpowiedzi, każda była celem samym w sobie do zadania bólu.

Autor: TomaszZ


Ziemie Żywiołów "Gwiezdna noc"

Raqel szedł między kąpiącymi się w ciepłym słońcu drzewami, świetnie przygotowany na polowanie. Jego przyszła zdobycz z pewnością nie będzie miała żadnych szans z tak dobrze wyekwipowanym łowcą.

Polował na wenę twórczą. Jego broń stanowiło białe pióro, tarczą zaś była kartka papieru.
Nosił białe spodnie i koszulę. Czarne włosy opadały mu na plecy. Na gładkiej, jasnej twarzy błyszczały niebieskie oczy.
Spoglądał na pozłocone liście drzew. Ptaki siedzące na drzewach śpiewały swoje najsłodsze piosenki, a lekki wiatr niósł je w cztery strony świata, by na twarzy każdego namalować szeroki uśmiech. Przyjemny szum koił skołatane nerwy, a otulona mchem ziemia przekazywała energię tym, którzy choćby odwiedzili las. Kraina ta zdawała się pięknieć z każdym dniem, jednak w porównaniu z wyspą Ysanaar była jedynie małym promykiem piękna...
Minęło ledwie kilka miesięcy, odkąd wyruszył z Ysanaaru na kontynent Tristglen, by nieco rozwinąć swą artystyczną karierę.
Tam gdzie teraz przebywał młody artysta, jego ziemia była nazywana również Gwiezdną wyspą, gdyż, sam jej wygląd na mapach przypominał gwiazdę.
Raqel musiał płynąć daleko na wschód by dotrzeć na miejsce. Podróż zajęła równe trzy tygodnie, na szczęście droga morska nie tworzyła przeszkód.
Ysanaar. Wyspa złocistych lasów i przejrzystych wód i najpiękniejszych nocy, kiedy to niebo pokrywa się szatą jaśniejących gwiazd, a calutką ziemię zalewa księżycowa poświata. Mężczyzna wspominał chwile, gdy leżąc na trawie, oglądał rozmarzonym wzrokiem miliony jasnych gwiazd i podziwiał blask dwóch księżyców – koła i rogala – panujących na dwóch stronach nieba.
W całej historii Ysanaaru zapisano tylko jedną poważną wojnę, kiedy to sprzed setek lat siły nieumarłych chciały zniszczyć wszystko, co znał świat.
Śmierć i spustoszenie na długo uwięziły tę krainę w swoich sidłach, jednak w końcu udało ojczyznę artystów wyzwolono dzięki odnowieniu starożytnej cywilizacji Pasterzy Dusz, z którą później kontakt znów zanikł.
Bliskość powrotu na ojczyste ziemie wywoływał na twarzy poety i wróżbity wyraz szczerej radości. Wreszcie wróci do ukochanych miejsc, uwielbionych lasów, zaprzyjaźnionych istot... Czekała na niego jego rodzina. A rodziną było wszystko, co żyje na Księżycowej Wyspie.
Nagły biały błysk wyrwał artystę z rozmyślań...

*****

Zobaczywszy błysk, Raqel od razu ruszył w jego stronę. Przyszło mu na myśl, że to jakieś zwierze wpadło w zasadzkę tropicieli. Mężczyzna przyśpieszył kroku, chcąc pomóc biednej ofierze.
Wkrótce zauważył trzech brodatych krasnoludów trzymających w dłoniach noże. Okrążyli bezbronną kobietę.
Skorzystawszy ze swoich umiejętności z zakresu magii przemienienia, Raqel przybrał postać czarnego kruka, szybując w małym odstępie od ziemi, wybrał drzewo będące bliskim świadkiem zdarzenia i wylądował na gałęzi wyrastającej kilka centymetrów pod jego koroną.
Napastnicy mieli na sobie brudne, połatane ciuchy. Wyglądali na złodziei.
Dziewczyna leżała bezwładnie na ziemi, a krasnoludy podchodziły coraz bliżej niej, z każdym krokiem unosząc noże coraz wyżej w gotowości do ataku. Cały czas w powietrze obciążał ich szyderczy śmiech...
Raqel sfrunął na ziemię i przybrał ponownie swą właściwą postać.
Spokojnie uniósł rękę w górę, a z niej z głośnym grzmotem wyłonił się błękitny piorun.
Trzej łotrzykowie aż podskoczyli z przerażenia, a później odwrócili się w stronę maga. Roześmiali się na widok niezbyt muskularnego mężczyzny.
Bandyci ruszyli szybkim krokiem w stronę artysty, ich ruchy były gwałtowne, a oczy pełne żądzy krwi. Poeta stał się naocznym świadkiem próby popełnienia poważnego przestępstwa. Nie było wyjścia, musieli go zlikwidować.
Gdy tak pędzili w jego stronę, Raqel wyciągnął ręce z otwartymi dłońmi oraz luźno oddalonymi od siebie palcami. Jego dłonie ogarnęła szara mgiełka, po czym przyciągnął ręce do siebie a następnie pchnął lekko do przodu. Mgła gęstniała z każdą chwilą.
Gdy opadła, przed czarodziejem ukazały się trzy posągi.
Niewiasta leżała nieruchomo na twardej ziemi. Poeta zamienił w kamień jedynie tych łotrów, więc z nią wszystko powinno być w porządku...
Raqel przyklęknął przy dziewczynie. Nie mógł temu zaprzestać. Stwierdził u siebie brak wątpliwości w to, że znalazł skarb, którego pożądali artyści. Prawdziwe Piękno.
Miała długie czarne proste włosy opadające jej trochę powyżej łokci. Lekko skośne piwne oczy zdobiły śliczną buzię o ciemnej karnacji.
Czuł, jakby zobaczył co najmniej Boginię…
Wyjął z sakiewki przy pasie zwój teleportacji, który napisał dzięki swej znajomości magii. Wziął piękność w ramiona, przeczytał zawartość kartki i oboje zniknęli z lasu, pozostawiając upuszczony przez poetę zwój papieru, który swobodnie poszybował na wietrze między drzewa.

*****

Hazar był właścicielem karczmy w małym miasteczku.
Wszystkich interesowało, jak czarnoskóry młodzieniec nabył swoje bogactwo. Główną tezą było to, że być może bogacz był księciem, który zbiegł ze swego królestwa, pragnąc wieść życie zwykłego człowieka. Nigdy na świat nie wyszła informacja, z jakich powodów jest tak zamożny, zaś on sam tłumaczył, że po prostu... oszczędza.
W jednym z domków mieszczących się na osiedlu należącego również do karczmarza mieszkał Raqel.
Po szybkim powrocie z lasu poeta wszedł do małego pokoju w którym było tylko kilka mebli z ciemnego drewna, na ścianach kilka obrazów i miękkie łóżko, na którym ułożył kobietę...

*****

Czuwał przy niej i pomagał jej przez całą noc. Siedząc na łóżku obok niej i wpatrując się w nią nie czuł potrzeby snu ani jakiegokolwiek zmęczenia.

…A piękno twe jak gwiazdy świat rozjaśnia…

Powtarzał w myślach fragment wiersza dla Ameny, bo jak się dowiedział, właśnie tak miała na imię jego piękność.
Gdy powróciły jej siły, opowiedziała, jak to krasnoludowie wybiegli zza ściany drzew i zaczęli gonitwę. Uciekała, potykając się o korzenie drzew...
Jednak w końcu ją złapali, została kilka razy uderzona i padła na ziemię. Więcej nie pamiętała. Raqel wypełnił pustkę w jej umyśle.
Na pytania skąd pochodzi, dziewczyna odpowiedziała, że artysta dowie się o tym kiedy indziej, przy czym słodko się uśmiechnęła.
Odwzajemnił uśmiech.
Rozmawiali przez cały następny dzień. Kobieta zdrowiała tym szybciej, im dłużej była przy Raqelu. Nie mieli żadnych problemów ze rozumieniem siebie.

*****

Siedząc przy biurku z gładkiego drewna w swojej pracowni artystycznej, rozmyślał nad tym, jak mocno ją pokochał. Już od pierwszego wejrzenia, gdy ujrzał w lesie bezwładnie leżącą niewiastę, podjął decyzję, że odda się jej bezgranicznie. Będzie wielbił ku końcowi swych dni, dbał o nią do końca życia, tworzył z myślą o niej aż po kres świata...
I czas nadszedł, aby jej to wszystko powiedzieć, chciał to zrobić, ale nie wiedział, czy ona odwzajemnia uczucie. Przypuszczał, że ich wzajemne więzy się zacieśniają, nawet prawie to wyczuwał, ale nie był pewien… wszystko było takie zamieszane…
Musiał z nią pomówić, i on to wiedział.
W końcu podjął się wyzwania, i poszedł do niej. Serce zaczęło coraz żywiej bić. Wziąłwszy głęboki wdech, głośno wypuścił powietrze.
Wszedł pewnie, przez uchylone drzwi, spoglądając na piękną Amenę leżącą pod cienką ciemnozieloną pościelą. Na widok mężczyzny, który ją uratował, dziewczyna nie skrywała uśmiechu.
- Czuję się coraz lepiej, jeśli tak dalej pójdzie, nie będę musiała dłużej cię kłopotać – powiedziała łagodnym i przyjaznym głosem..
- niezwykłym zaszczytem jest mi ciebie gościć, pani, ucieszyłoby mnie gdybyś została jeszcze na jakiś czas, bowiem nie gościłem tu jeszcze tak pięknej kobiety. – odpowiedział.
Na twarzy Ameny pojawiły się delikatne rumieńce, a uśmiech pogłębił się, ukazawszy białe zęby.
- a były inne? – Zapytała niespodziewanie.
- Tylko przejezdne, szukające noclegów – tym razem to on się uśmiechnął – ale żadna nie dorównywała urodą, ani zewnętrzną ani wewnętrzną, tobie. – Dodał.
- Dziękuję – Zarumieniła się jeszcze bardziej i schowała część twarzy za kolanami, naszły ją dość głupie chęci ucałowania go w policzek. – Przejdziemy się?
- Ale twoje…
- Nogi są zdrowe – miłym tonem dokończyła jego wypowiedź na swój sposób.
Pomógł jej wstać.
Coś pchnęło ją naprzód. Wróżbita nie dowiedział się, że to ona z własnej woli postąpiła gwałtownie do przodu.
Wystarczyła krótka chwila i padli na łóżko.
Krótki, trwający zaledwie ułamki sekund moment i leżeli na łóżku, patrząc sobie głęboko w oczy. Wpatrując się w nią, zagubił się w pędzącym wirze myśli.
Delikatnie ucałowała go w usta.
Amena...
W chwili rozkoszy wyznali sobie miłość.
Uczucie dziewczyny rosło od chwili, gdy dowiedziała się, że dzięki Raqelowi może wciąż cieszyć się życiem, a kiedy znalazła i przeczytała wiersz artysty jej poświęcony, zrozumiała, że to wzajemna miłość
Dwa ciała stały się jednym

*****

Szli główną ścieżką ogrodową pośrodku osiedla na którym mieszkał Raqel.
Będąc jeszcze z nim w łóżku, powiedziała mu, że na nią już czas, że musi wracać do siebie. Nie bardzo mu się podobała wizja podróżującej nocą kobiety, ale ona mówiła, że wie, co robi i uwierzył jej.
Stali już w centrum ogrodu, gdzie jego rozwidlone ścieżki się spotykały. Miejsce otaczały wielobarwne oddziały kwiatów, po każdej stronie środka ogrodu stała jedna drewniana ławeczka.
Po ostatnim pocałunku, kobieta kazała mężczyźnie się odsunąć...
Popatrzyła w górę
Kilka gwiazd jakby zeszło z nieba, i zaczęło wirować wokół niej. Wymienili jeszcze kilka pożegnalnych słów, po czym nastąpił błysk.
Gdy otworzył oczy, kobiety już nie było…
Pasterze Dusz teleportowali się w taki sposób… czyżby ona…?
Raqel wkrótce wróci do Ysanaaru.
Może wtedy spotkają się ponownie.

Autor: Tomek Socha


Niebezpieczna wyprawa po imię

 

 

 

Mamo! – zawołał nastoletnia elfka wchodząc do domu. - Spakowałaś już wszystko?
- Tak, kochanie – mama odgarnęła rude kosmyki dziewczynki i pocałowała ją w czoło. – Moja dzielna córeczka – dodała.
- O ho ho, jest i nasza podróżniczka! – powiedział z uśmiechem wchodzący do kuchni elf. Był to tata elfki. - Masz dość kwitnącej pokrzywy? – spytał już poważniejszym tonem. Elfka pokiwała głową i odchyliła zamknięcie maleńkiego woreczka z zielonkawym proszkiem wewnątrz.
 - Na pewno jest już gotowa. – Stwierdziła mama, kładąc dłoń na ramieniu męża, ale jej spojrzenie w kierunku elfki mówiło: „na pewno jesteś już gotowa?”. Elfka uśmiechnęła się promiennie i przytuliła do rodziców. – Kiedy znajdę swoje imię natychmiast powrócę.
- Po miesiącu – sprostowała mama – jeśli wcześniej go nie znajdziesz.
- Na pewno znajdziesz – powiedział tata i jeszcze raz przytulił córkę.
- Pamiętaj kochanie – przypomniała mama – N I G D Y nie podchodź pod liścioloty. Wiesz, co się stało tacie? No dobrze, o tym teraz nie powiem, ale żebyś pod żadnym pozorem nie wchodziła do jakiegoś kującego zagajnika bez swetra z długim rękawem – to może prowadzić do zakażenia, a to do…..
- Kocham Cię, mamo – powiedziała pospiesznie elfka i ucałowała mamę w policzek. Nie miała ochoty ponownie słuchać o tym, co się stanie po zakażeniu, a co jeszcze później. Nie było czasu na przewracanie oczami i tłumaczenie, że ona to wszystko wie – bo oczywiście, że wie.
Jeszcze raz szybko owinęła sobie wokół szyi delikatny szal z włókien traw bardzo mocno ze sobą splecionych, poprawiła brązową sukienkę z jesiennych liści i okręciła się na pięcie, żeby popatrzeć jak zawiruje, a następnie wzbiła się w powietrze i krzyknęła:
- Kocham was!
- My ciebie też! – usłyszała z dołu.

Lecąc przybiła piątkę paru elfkom, słysząc słowa takie jak: - Trzymaj się! – Wracaj szybko! Albo – uważaj na siebie! - To ostatnie nie spodobało się rudej elfce. Odwróciła się i skrzyżowała ramiona na piersiach, ale elfka która to powiedziała nie zauważyła tego gestu. Podróżniczka również poleciała dalej.

Na granicy wioski stał elf, nieco wyższy od elfki, z zieloną czapeczką spadającą na oczy. - Cześć… - wymamrotał prawie niesłyszalnie. Na szczęście lub nie, elfka była już przyzwyczajona do takiej wymowy elfów w jej towarzystwie. Uśmiech i włosy elfki urzekały wszystkich. Nie mówiąc już o oczach.

Elf wysunął w kierunku elfki pudełeczko przewiązane żółtą wstążką. Żółty to kolor miłości elfów, ponieważ elfy nie tylko urodziły się ze śmiechu, ale też ze słońca. Elfka widząc ten podarunek prychnęła pogardliwie, ale przyjęła go, co ogromnie rozradowało Habra, bo tak nazywał się elf. Bąknął: - Uważaj na siebie…. – Elfka z najwyższym trudem zignorowała to. Nie miała ochoty pozwalać, aby ktoś zwracał jej uwagę. Wciąż z uniesioną głową elfka oddaliła się pieszo do lasu, a później leciała już wesoło nie pamiętając, że przed chwilą widziała się z chłopakiem, co było o tyle nie miłym wspomnieniem, że właśnie on kiedyś złamał jej serce. Leciała powoli, patrząc z podziwem na cuda, które może osiągnąć przyroda. Nagle stanęła jak wryta. Przed nią stało drzewo na wysokość kilkuset elfów! Nie kilkuset, na pewno więcej!

- Słońce! – krzyknęła rozdzierająco elfka. Ono zasłania mi słońce! – Już miała przemówić do dziupli w drzewie, aby drzewo nie zasłaniało słońca tak ubóstwianego przez wszystkie elfy, gdy coś ją potrąciło. Elfka zakręciła się wokół własnej osi. Już chciała zacząć się z tego śmiać, gdy nagle znowu coś śmignęło w powietrzu o wiele szybciej niż jakikolwiek elf i odepchnęło elfkę o kilka skrzydeł dalej.

- To latające liście! – krzyknęła. Czasami elfy jeździły na latających liściach razem z towarami z zagranicy. Elfka wiedziała, że liścioloty to bardzo niebezpieczne pojazdy i należy się trzymać od nich z daleka.

- Trudno. Na pewno nic się nie stanie. Tata będzie zadowolony, że leciałam jak najbliżej słońca. – pomyślała i poleciała dalej szeroką drogą. Jeśli chodzi o słońce i radość taty elfki, to w wiosce elfów panuje przesąd, że jeżeli elf będzie szedł lub leciał za daleko od słońca, jego skrzydła rozpadną się z tęsknoty za nim i elf już nigdy nie będzie mógł latać. - To byłoby okropne. – Elfka utwierdzała się w przekonaniu, że dobrze robi. Leciała więc powoli podziwiając liście, które już powoli nabierały złotoczerwonego odcieniu. Elfka nie mogła doczekać się zabawy ze spadającymi liśćmi. Właśnie dlatego tak bardzo lubiła jesień. Nagle znowu coś ją potrąciło, a z pojazdu który to zrobił dobiegły ją słowa: - Po co jeździć tak daleko po cynamon?

Podróżniczka nie zwróciła uwagi na te zrzędliwe słowa, ponieważ zabolało ją jedno ze skrzydeł, gdy pęd pojazdu przygniótł ją do ziemi. Na szczęście mogła ponownie wzlecieć w powietrze, więc poleciała nie przejmując się stanem skrzydeł.

Jeszcze kilka razy przewróciła się na skrzydła. Uważała, że kierowcy liściolotów powinni uważać, a kierowcy – że elfka. W końcu była tak obolała, że zeszła pokornie na pobocze i kuśtykając powtarzała w kółko: - Nigdy więcej…. nigdy więcej… nigdy więcej… nigdy więcej….

Zaczęło się zmierzchać, a Elfka znalazła akurat wielki dąb z rozłożystą koroną, który sprawiał wrażenie bardzo starego. Ułożyła się pod nim – oczywiście wystawiając skrzydła poza zasięg cienia korony. Gdy się obudziła, zauważyła, że przyroda obudziła się dużo wcześniej. Pierwszą więc rzeczą, którą zrobiła (oczywiście po zjedzeniu placka jabłkowego posypanego ziarnami wrzosu) było wyszeptanie do dziupli w starym dębie pytania: - Czy widział pan może przelatujące… imię? – Tak, widziałem – wyszeptał ciężkim, ale i łagodnym głosem dąb. – Niósł go chochlik w fioletowej czapce. Poszedł tędy w kierunku jagodowych krzewów. Na pewno osiedlił się tam. Ale uważaj – ostrzegło drzewo – tego chochlika pokonasz jedynie sprytem. Elfka podziękowała dębowi tak, jak tylko elfki potrafią i wyruszyła w drogę. Idąc przez jagodowe krzewy podwinęła rękawy, aby igły roślin mogły zostawić parę śladów – niech tata zobaczy, jaka była dzielna. Dla mamy nazbierała pełen woreczek granatowych owoców. Gdy wypełniła te oba zadania, zaczęła z pewną obawą wypatrywać fioletowej czapki. Fioletowa czapka sygnalizuje, że chochlik jest najlepszy w swojej rodzinie w psoceniu. Krzewy zaczęły mieć coraz mniej owoców i stały się rzadsze. Elfka coraz bardziej bała się psotnego chochlika, którego trudno podobno przechytrzyć. Czy niebezpieczeństwa, na które się naraża warte są poznania swojego imienia? - zastanowiła się.

Tata opowiadał jej, że gdy śmiech i słońce stworzyło ją, wszyscy wpatrzyli się w niebo, ponieważ zawsze stąd przychodzi imię elfki. Imię elfa natomiast – z ziemi. Gdy do nowego elfa przylatuje imię nikt nie patrzy się w niebo tylko na elfa, ponieważ wiadomo, że zaraz przyleci i to właśnie do niego. Kiedy pojawiła się nasza elfka, wszyscy spojrzeli w niebo. Jedynie mama i tata, których nie obchodziło żadne imię, wpatrywali się w swoją małą córeczkę jak urzeczeni. Jednak z nieba nic nie przyleciało. Tylko starszy wąsaty pan z wielką tuszą mówił, że zobaczył imię, i jakby jakąś rękę, która je złapała jak piłkę. Ten pan, który nazywa się Źdźbło, zawsze wszystko zmyśla i choć mówił, że w tej sprawie dałby sobie rękę uciąć, to nikt nie chciał pozbawiać tłustej rączki pana Źdźbła, więc dawali mu spokój. Może tym razem to była prawda? Może jakiś chochlik porwał imię w pół drogi, zrobił z tego psikus roku i zdobył fioletową czapkę? Elfka zaraz miała się o tym przekonać. Schowała się w pobliskich krzakach, które były tylko na tyle rzadkie, żeby można było przez nie dokładnie widzieć i wytrzeszczyła oczy. - O nie! - krzyknęła w myślach. Zobaczyła chatkę z białego marmuru z liściastym dachem i ławeczką na ganku. A na niej siedział chochlik w fioletowej czapce z rzeźbioną fajką w ręce. Elfa obmyśliła szybki plan i wyszła zza krzaków. - Dzień dobry panu! – powiedziała swoim najsłodszym głosikiem i ślicznym ruchem wytrzepując sukienkę.

- Co tu robisz, drogie dziecko? Jest tu bardzo niebezpiecznie. – Powiedział chochlik i z pewnym niepokojem przycisnął do siebie woreczek, który trzymał obok siebie.

- Teraz zbierałam jagody, ale wydaje mi się, że się trochę zgubiłam. Szukam imienia dla młodszej siostry, ponieważ wiatr był bardzo silny i zepchnął je gdzieś tu.

- Nie powinnaś tu przychodzić. Mam nadzieje, że przestrzegałaś zasad dobrego podróżnika – starałaś się nie skaleczyć, żeby nie powstało zakażenie, nie wchodzić w drogę liściolotom, nie tracić cennego czasu na oglądanie …. – chochlik wpatrywał się w elfkę, której zrobiło się strasznie wstyd. – Jak mogłam nie przestrzegać takich paru prostych zasad? – zganiła się w myślach ale na głos powiedziała:

- Ma pan racje. Widzi pan, rodzice mnie prosili, żebym uważała, a ja bardzo dużo czytałam o tych miejscach – elfka usiłowała nie uśmiechać się kpiąco. Czuła, że podstęp może się udać, gdyż chochliki są bardzo strachliwe. Ciągnęła więc dalej:

- Podobno nawet tak d o b r a rzecz jak imię może przemienić się w coś strasznego. W węża…. skorpiona…… trzeciego nie pamiętam. A jeśli zamknie się je w jakimś ciemnym miejscu, wtedy może sprawić wielkiego pecha i spowodować nagłą starość … - dłużej nie musiała mówić, ponieważ chochlik uciekł z piskiem, pozostawiając cenny woreczek.

Elfka wróciła do domu. W drodze powrotnej podziękowała staremu dębowi i dała mu słoik ciastek (o czym wcześniej nie pomyślała). W wiosce pierwszy zobaczył ją pan Źdźbło, który krzyknął: - I co, dobrze? - Elfka nie za bardzo zrozumiała to pytanie, ale odpowiedziała najlepiej jak umiała. Na uroczystości z okazji powrotu elfka otworzyła woreczek i wypchnęła z niej wielką złotą kulę, która po dotknięciu stała się częścią właściciela. - Nazywam się Niezapominajka! – krzyknęła z radością.

Niezapominajka zdobyła swoje imię, ale przez okrągły miesiąc dwa razy dziennie musiała przepłukiwać rany wodą z pokrzywą. Przez okrągły rok chodzić co dwa tygodnie do lekarza, pana Zielnika, żeby mógł kontrolować stan pogniecionego skrzydła. Już nigdy więcej nie wybrała się w podróż bez przygotowania. Teraz, po każdej udanej wycieczce, kiedy nikt nie patrzy, Niezapominajka gra na nosie kłującym krzewom i pędzącym liściolotom. Wie już, że rady rodziców należy brać na poważnie.

                                                                  

tutaj zamieść treść...

Autor: Gość


Niebezpieczna wyprawa... po imię

 

 

 

Mamo! – zawołał nastoletnia elfka wchodząc do domu. - Spakowałaś już wszystko?
- Tak, kochanie – mama odgarnęła rude kosmyki dziewczynki i pocałowała ją w czoło. – Moja dzielna córeczka – dodała.
- O ho ho, jest i nasza podróżniczka! – powiedział z uśmiechem wchodzący do kuchni elf. Był to tata elfki. - Masz dość kwitnącej pokrzywy? – spytał już poważniejszym tonem. Elfka pokiwała głową i odchyliła zamknięcie maleńkiego woreczka z zielonkawym proszkiem wewnątrz.
 - Na pewno jest już gotowa. – Stwierdziła mama, kładąc dłoń na ramieniu męża, ale jej spojrzenie w kierunku elfki mówiło: „na pewno jesteś już gotowa?”. Elfka uśmiechnęła się promiennie i przytuliła do rodziców. – Kiedy znajdę swoje imię natychmiast powrócę.
- Po miesiącu – sprostowała mama – jeśli wcześniej go nie znajdziesz.
- Na pewno znajdziesz – powiedział tata i jeszcze raz przytulił córkę.
- Pamiętaj kochanie – przypomniała mama – N I G D Y nie podchodź pod liścioloty. Wiesz, co się stało tacie? No dobrze, o tym teraz nie powiem, ale żebyś pod żadnym pozorem nie wchodziła do jakiegoś kującego zagajnika bez swetra z długim rękawem – to może prowadzić do zakażenia, a to do…..
- Kocham Cię, mamo – powiedziała pospiesznie elfka i ucałowała mamę w policzek. Nie miała ochoty ponownie słuchać o tym, co się stanie po zakażeniu, a co jeszcze później. Nie było czasu na przewracanie oczami i tłumaczenie, że ona to wszystko wie – bo oczywiście, że wie.
Jeszcze raz szybko owinęła sobie wokół szyi delikatny szal z włókien traw bardzo mocno ze sobą splecionych, poprawiła brązową sukienkę z jesiennych liści i okręciła się na pięcie, żeby popatrzeć jak zawiruje, a następnie wzbiła się w powietrze i krzyknęła:
- Kocham was!
- My ciebie też! – usłyszała z dołu.

Lecąc przybiła piątkę paru elfkom, słysząc słowa takie jak: - Trzymaj się! – Wracaj szybko! Albo – uważaj na siebie! - To ostatnie nie spodobało się rudej elfce. Odwróciła się i skrzyżowała ramiona na piersiach, ale elfka która to powiedziała nie zauważyła tego gestu. Podróżniczka również poleciała dalej.

Na granicy wioski stał elf, nieco wyższy od elfki, z zieloną czapeczką spadającą na oczy. - Cześć… - wymamrotał prawie niesłyszalnie. Na szczęście lub nie, elfka była już przyzwyczajona do takiej wymowy elfów w jej towarzystwie. Uśmiech i włosy elfki urzekały wszystkich. Nie mówiąc już o oczach.

Elf wysunął w kierunku elfki pudełeczko przewiązane żółtą wstążką. Żółty to kolor miłości elfów, ponieważ elfy nie tylko urodziły się ze śmiechu, ale też ze słońca. Elfka widząc ten podarunek prychnęła pogardliwie, ale przyjęła go, co ogromnie rozradowało Habra, bo tak nazywał się elf. Bąknął: - Uważaj na siebie…. – Elfka z najwyższym trudem zignorowała to. Nie miała ochoty pozwalać, aby ktoś zwracał jej uwagę. Wciąż z uniesioną głową elfka oddaliła się pieszo do lasu, a później leciała już wesoło nie pamiętając, że przed chwilą widziała się z chłopakiem, co było o tyle nie miłym wspomnieniem, że właśnie on kiedyś złamał jej serce. Leciała powoli, patrząc z podziwem na cuda, które może osiągnąć przyroda. Nagle stanęła jak wryta. Przed nią stało drzewo na wysokość kilkuset elfów! Nie kilkuset, na pewno więcej!

- Słońce! – krzyknęła rozdzierająco elfka. Ono zasłania mi słońce! – Już miała przemówić do dziupli w drzewie, aby drzewo nie zasłaniało słońca tak ubóstwianego przez wszystkie elfy, gdy coś ją potrąciło. Elfka zakręciła się wokół własnej osi. Już chciała zacząć się z tego śmiać, gdy nagle znowu coś śmignęło w powietrzu o wiele szybciej niż jakikolwiek elf i odepchnęło elfkę o kilka skrzydeł dalej.

- To latające liście! – krzyknęła. Czasami elfy jeździły na latających liściach razem z towarami z zagranicy. Elfka wiedziała, że liścioloty to bardzo niebezpieczne pojazdy i należy się trzymać od nich z daleka.

- Trudno. Na pewno nic się nie stanie. Tata będzie zadowolony, że leciałam jak najbliżej słońca. – pomyślała i poleciała dalej szeroką drogą. Jeśli chodzi o słońce i radość taty elfki, to w wiosce elfów panuje przesąd, że jeżeli elf będzie szedł lub leciał za daleko od słońca, jego skrzydła rozpadną się z tęsknoty za nim i elf już nigdy nie będzie mógł latać. - To byłoby okropne. – Elfka utwierdzała się w przekonaniu, że dobrze robi. Leciała więc powoli podziwiając liście, które już powoli nabierały złotoczerwonego odcieniu. Elfka nie mogła doczekać się zabawy ze spadającymi liśćmi. Właśnie dlatego tak bardzo lubiła jesień. Nagle znowu coś ją potrąciło, a z pojazdu który to zrobił dobiegły ją słowa: - Po co jeździć tak daleko po cynamon?

Podróżniczka nie zwróciła uwagi na te zrzędliwe słowa, ponieważ zabolało ją jedno ze skrzydeł, gdy pęd pojazdu przygniótł ją do ziemi. Na szczęście mogła ponownie wzlecieć w powietrze, więc poleciała nie przejmując się stanem skrzydeł.

Jeszcze kilka razy przewróciła się na skrzydła. Uważała, że kierowcy liściolotów powinni uważać, a kierowcy – że elfka. W końcu była tak obolała, że zeszła pokornie na pobocze i kuśtykając powtarzała w kółko: - Nigdy więcej…. nigdy więcej… nigdy więcej… nigdy więcej….

Zaczęło się zmierzchać, a Elfka znalazła akurat wielki dąb z rozłożystą koroną, który sprawiał wrażenie bardzo starego. Ułożyła się pod nim – oczywiście wystawiając skrzydła poza zasięg cienia korony. Gdy się obudziła, zauważyła, że przyroda obudziła się dużo wcześniej. Pierwszą więc rzeczą, którą zrobiła (oczywiście po zjedzeniu placka jabłkowego posypanego ziarnami wrzosu) było wyszeptanie do dziupli w starym dębie pytania: - Czy widział pan może przelatujące… imię? – Tak, widziałem – wyszeptał ciężkim, ale i łagodnym głosem dąb. – Niósł go chochlik w fioletowej czapce. Poszedł tędy w kierunku jagodowych krzewów. Na pewno osiedlił się tam. Ale uważaj – ostrzegło drzewo – tego chochlika pokonasz jedynie sprytem. Elfka podziękowała dębowi tak, jak tylko elfki potrafią i wyruszyła w drogę. Idąc przez jagodowe krzewy podwinęła rękawy, aby igły roślin mogły zostawić parę śladów – niech tata zobaczy, jaka była dzielna. Dla mamy nazbierała pełen woreczek granatowych owoców. Gdy wypełniła te oba zadania, zaczęła z pewną obawą wypatrywać fioletowej czapki. Fioletowa czapka sygnalizuje, że chochlik jest najlepszy w swojej rodzinie w psoceniu. Krzewy zaczęły mieć coraz mniej owoców i stały się rzadsze. Elfka coraz bardziej bała się psotnego chochlika, którego trudno podobno przechytrzyć. Czy niebezpieczeństwa, na które się naraża warte są poznania swojego imienia? - zastanowiła się.

Tata opowiadał jej, że gdy śmiech i słońce stworzyło ją, wszyscy wpatrzyli się w niebo, ponieważ zawsze stąd przychodzi imię elfki. Imię elfa natomiast – z ziemi. Gdy do nowego elfa przylatuje imię nikt nie patrzy się w niebo tylko na elfa, ponieważ wiadomo, że zaraz przyleci i to właśnie do niego. Kiedy pojawiła się nasza elfka, wszyscy spojrzeli w niebo. Jedynie mama i tata, których nie obchodziło żadne imię, wpatrywali się w swoją małą córeczkę jak urzeczeni. Jednak z nieba nic nie przyleciało. Tylko starszy wąsaty pan z wielką tuszą mówił, że zobaczył imię, i jakby jakąś rękę, która je złapała jak piłkę. Ten pan, który nazywa się Źdźbło, zawsze wszystko zmyśla i choć mówił, że w tej sprawie dałby sobie rękę uciąć, to nikt nie chciał pozbawiać tłustej rączki pana Źdźbła, więc dawali mu spokój. Może tym razem to była prawda? Może jakiś chochlik porwał imię w pół drogi, zrobił z tego psikus roku i zdobył fioletową czapkę? Elfka zaraz miała się o tym przekonać. Schowała się w pobliskich krzakach, które były tylko na tyle rzadkie, żeby można było przez nie dokładnie widzieć i wytrzeszczyła oczy. - O nie! - krzyknęła w myślach. Zobaczyła chatkę z białego marmuru z liściastym dachem i ławeczką na ganku. A na niej siedział chochlik w fioletowej czapce z rzeźbioną fajką w ręce. Elfa obmyśliła szybki plan i wyszła zza krzaków. - Dzień dobry panu! – powiedziała swoim najsłodszym głosikiem i ślicznym ruchem wytrzepując sukienkę.

- Co tu robisz, drogie dziecko? Jest tu bardzo niebezpiecznie. – Powiedział chochlik i z pewnym niepokojem przycisnął do siebie woreczek, który trzymał obok siebie.

- Teraz zbierałam jagody, ale wydaje mi się, że się trochę zgubiłam. Szukam imienia dla młodszej siostry, ponieważ wiatr był bardzo silny i zepchnął je gdzieś tu.

- Nie powinnaś tu przychodzić. Mam nadzieje, że przestrzegałaś zasad dobrego podróżnika – starałaś się nie skaleczyć, żeby nie powstało zakażenie, nie wchodzić w drogę liściolotom, nie tracić cennego czasu na oglądanie …. – chochlik wpatrywał się w elfkę, której zrobiło się strasznie wstyd. – Jak mogłam nie przestrzegać takich paru prostych zasad? – zganiła się w myślach ale na głos powiedziała:

- Ma pan racje. Widzi pan, rodzice mnie prosili, żebym uważała, a ja bardzo dużo czytałam o tych miejscach – elfka usiłowała nie uśmiechać się kpiąco. Czuła, że podstęp może się udać, gdyż chochliki są bardzo strachliwe. Ciągnęła więc dalej:

- Podobno nawet tak d o b r a rzecz jak imię może przemienić się w coś strasznego. W węża…. skorpiona…… trzeciego nie pamiętam. A jeśli zamknie się je w jakimś ciemnym miejscu, wtedy może sprawić wielkiego pecha i spowodować nagłą starość … - dłużej nie musiała mówić, ponieważ chochlik uciekł z piskiem, pozostawiając cenny woreczek.

Elfka wróciła do domu. W drodze powrotnej podziękowała staremu dębowi i dała mu słoik ciastek (o czym wcześniej nie pomyślała). W wiosce pierwszy zobaczył ją pan Źdźbło, który krzyknął: - I co, dobrze? - Elfka nie za bardzo zrozumiała to pytanie, ale odpowiedziała najlepiej jak umiała. Na uroczystości z okazji powrotu elfka otworzyła woreczek i wypchnęła z niej wielką złotą kulę, która po dotknięciu stała się częścią właściciela. - Nazywam się Niezapominajka! – krzyknęła z radością.

Niezapominajka zdobyła swoje imię, ale przez okrągły miesiąc dwa razy dziennie musiała przepłukiwać rany wodą z pokrzywą. Przez okrągły rok chodzić co dwa tygodnie do lekarza, pana Zielnika, żeby mógł kontrolować stan pogniecionego skrzydła. Już nigdy więcej nie wybrała się w podróż bez przygotowania. Teraz, po każdej udanej wycieczce, kiedy nikt nie patrzy, Niezapominajka gra na nosie kłującym krzewom i pędzącym liściolotom. Wie już, że rady rodziców należy brać na poważnie.

                                                                  

tutaj zamieść treść...

Autor: Gość


Odnalezione opowiadanie Murakamiego

Nazywam się... Zresztą, czy to ważne, jak się nazywam? Zawsze myślałem, że nie ma to najmniejszego znaczenia. Nie mamy przecież wpływu na wybór naszego imienia przez rodziców, a z nazwiskiem od razu się rodzimy. To dziwne, jak los, od którego w najwyższym stopniu zależymy, potrafi odmienić życie i całe, ukształtowane przez wiele lat, myślenie
o czymś. Na przykład o listach.

Zupełnie nie pojmuję, z jakiego powodu przytrafiło się to właśnie mnie. Zawsze wiodłem zwyczajne, w miarę uregulowane życie. Wstawałem około dziewiątej, czasem dziesiątej, ponieważ pracowałem przeważnie w nocy. Kiedyś mi to przeszkadzało, ale
z czasem, z upływem kolejnych lat, przywykłem. Brałem prysznic, przy śniadaniu czytałem poranną gazetę lub oglądałem TV, a później robiłem zakupy w pobliskim sklepie spożywczym. Raz w tygodniu zahaczałem o pralnię i położony obok niej sklep z płytami. O ile wiem, był to jedyny sklep w okolicy, w którym sprzedawano wyłącznie jazz.

W tym czasie Kiyomi była już w pracy. Poznaliśmy się jeszcze w trakcie studiów. Ja bez większego entuzjazmu skończyłem inżynierię, a ona architekturę. Wydawało mi się, że pasujemy do siebie - choćby z wykształcenia. Czułem, że w jakiś sposób się uzupełniamy. Ja mogłem projektować mosty, a ona je budować. Poza tym do dziś pamiętam, jakie nadzwyczajne mrowienie czułem na widok wewnętrznej strony jej nadgarstków. Czy to nie dziwne?

Od odebrania dyplomów minęły cztery lata i właśnie postanowiliśmy się pobrać. Ja rozpocząłem nową pracę u pana Saburo, a ona w biurze swojego zamożnego stryja Hanga. Wszystko układało się w miarę poprawnie. Mieliśmy stałe, choć nieduże jak na Tokio połowy lat 80. dochody i mieszkaliśmy w jednym z ładnych domów na przedmieściach, udostępnionym nam na jakiś czas przez stryja Kiyomi. W połowie na podwórku, a w połowie w domu, zamieszkiwał z nami kot Księżyc.

Nie wiem jak do tego doszło i dzisiaj czasem zastanawiam się, czy nasze życie nie mogłoby potoczyć się dotychczasowym utartym i spokojnym torem, gdybym któregoś dnia nie wyciągnął tego opowiadania z naszej skrzynki na listy. Czy moje życie nie uległoby wówczas tak niepokojącej zmianie? Ale czy mogłem tego nie zrobić? Nigdy nie znalazłem odpowiedzi na te pytania. Przyjąłem więc, że tak po prostu chciał los.

Było wówczas czerwcowe, ciepłe popołudnie. Ptak gniazdujący na jedynym na naszym podwórku drzewie wyśpiewywał swoją codzienną pieśń, czyniąc to z taką regularnością, jakby został wcześniej nakręcony ze skrupulatnością szwajcarskiego zegarka.

Siedziałem właśnie na ganku przed domem i rozmyślałem nad listą gości weselnych. Nie mogliśmy co prawda pozwolić sobie na odłożenie pieniędzy na ten cel, ale stryj Kiyomi zadeklarował pełne pokrycie kosztów. W zamian miała pracować u niego co najmniej przez następne trzy lata. I tak nie spieszyła się do zmiany pracy, więc z ochotą na to przystała. Osobiście sądziłem, że tak naprawdę Hang chciał w ten sposób spłacić jakiś nieokreślony dług wdzięczności wobec jej ojca. Nigdy nie poruszał tego tematu, ale przypadkiem dowiedziałem się, że kiedyś uratował go z poważnej, choć bliżej mi nieznanej opresji.

Gdy tak nad tym rozmyślałem, do skrzynki stojącej na skraju trawnika, jakieś pięć metrów ode mnie, podszedł listonosz. Szybkim, wprawnym ruchem sięgnął do torby
i wyciągnął dość grubą kopertę formatu A4. Natychmiast oceniłem, że wypełniać ją może przesyłka o grubości jakichś 100, może 120 stron. Doręczyciel przez sekundę przyglądał mi się, po czym mrugnął jednym okiem i upchnął przesyłkę w skrzynce, która przypominała
z wyglądu podłużną klatkę dla zwierząt. A ściślej mówiąc dla kotów. Była ona spora, metalowa i biała, z zaokrąglonym daszkiem, taka w zupełnie amerykańskim stylu. Mimo to, koperta weszła do środka z niejakim trudem.

Czy on mrugnął, czy też mi się tylko wydawało?

- Przepraszam pana – powiedziałem, choć zupełnie nie powinienem przepraszać. - Mogłem przecież wziąć ją do ręki...

- Przykro mi. Takie mamy procedury. List musi wylądować w punkcie, czyli
w skrzynce. Do widzenia – rzekł bezbarwnie listonosz i momentalnie oddalił się. Gdy to mówił, na jego twarzy nie pojawiła się najmniejsza nawet rysa sugerująca jakąkolwiek emocję, którą miałby przeżywać. Nic. Biała kartka.

Z niedowierzaniem potrząsnąłem głową i wróciłem do domu po klucz do skrzynki. Choć od razy tego nie pojąłem, to od tego momentu przesyłki zaczęły kojarzyć mi się z czymś niechcianym i uciążliwym. No, może nie wszystkie przesyłki. Ale ta konkretna na pewno.
Z braku czasu rzuciłem ją gdzieś na stertę gazet i wkrótce, angażując się w robienie jedzenia,
o niej zapomniałem. Na wieczór wybierałem się do pracy w klubie, więc musiałem jeszcze pomyśleć o goleniu i niezbędnej toalecie.

 

 

 

Następnego dnia, około ósmej rano, zadzwonił telefon. Biłem się z myślami, kto to mógł być, lecz nie chciało mi się wstawać. Miałem wolne. Była niedziela i choć pan Saburo czasem prosił mnie, bym został w knajpce również i w na dzień, akurat tym razem mnie nie potrzebował. Kiyomi mawiała czasem z pretensją, że „Peter Cat” był moim drugim domem. Zwłaszcza, gdy wracałem zmęczony nad ranem, przesiąknięty papierosowym dymem i jazzem na żywo.

Choć ukończyłem dość znaną uczelnię, otrzymanie jakiejkolwiek posady bez znajomości w tej branży było bardzo trudne. Im bardziej się temu przyglądałem, tym silniej nabierałem przekonania, że o karierze decyduje pokrewieństwo i koleżeńsko-biznesowe relacje, nie zaś prawdziwy talent. Nazwiska powtarzające się na etykietkach biur tylko utwierdzały mnie w tym przekonaniu. Zresztą ja – talentu i tak nie miałem.

Praca w klubie nie była taka ciężka, tylko dość rozciągnięta w czasie. Za to po niektórych wieczorach napiwki pozwalały nam na różne przyjemności, w rodzaju wypadu do kina, zoo, czy na basen, albo za miasto. W ten weekend postanowiliśmy się po prostu wyspać.

Dlatego, patrząc na leżącą Kiyomi uznałem, że lepiej będzie nie odbierać tego telefonu. Po sześciu dzwonkach umilkł, a ja odpłynąłem w sen.

 

 

 

Obiad zazwyczaj przygotowywała Kiyomi. Wyjątkiem były niedziele, gdy starałem się ją wyręczyć. Tak było zawsze i nawet nie potrzebowaliśmy tego w jakikolwiek sposób uzgadniać.

- Ciekawe, kto mógł dzwonić tak rano – zastanowiła się głośno.

Rzeczywiście, było to u nas dość rzadkie. Poza jej stryjem, nasz numer znało może kilka jej przyjaciółek.

- Myślałem, że spałaś. Dlatego nie odbierałem.

Podczas gdy ja przygotowywałem spaghetti, ona siedziała w kącie przy stole
i przeglądała kolorowe pisma adresowane do zamożnych i eleganckich kobiet, które widywaliśmy czasem w centrum.

Tym razem postanowiłem trochę zmodyfikować przepis. W gotowaniu także nie byłem najlepszy. To zupełnie naturalne, jeśli rzadko się gotuje. Gdy obserwowałem przy tej czynności narzeczoną wydawało mi się, że jej rękę prowadzi jakaś inna, niewidzialna i dużo pewniejsza. Ręka, która decyduje bez udziału głowy ile dodać jakich składników, oraz jak je przyprawić.

Mój stały repertuar to jajecznica na śniadanie (wychodziła mi naprawdę niezła, zwłaszcza jeśli jajka nie były za bardzo ścięte) oraz ryż z mięsem z kurczaka i dodatkami,
a także spaghetti. Dzisiaj postawiłem na to ostatnie. Wyjąłem z szafki nad blatem makaron
i nastawiłem pół garnka wody.

Gdy rozkładałem talerze i sztućce, znów zadzwonił telefon. Niechętnie odłożyłem wszystko na stół i poszedłem do aparatu, który był w przedpokoju. W słuchawce usłyszałem kobiecy, a może nawet dziewczęcy głos:

- Dzień dobry. Dzwonię z wydawnictwa Takamura.

Nic mi to nie mówiło. Odpowiedziałem więc tylko:

- Dzień dobry.

- Zapewne zastanawia się pan, o co może chodzić...

Rzeczywiście, zastanawiałem się, o co może chodzić. Pewnie to znowu jakaś nachalna oferta, z którymi dzwonią kilka razy w tygodniu.

- To pani telefonowała tak rano?

Zbyła moje pytanie cichym kaszlnięciem i od razu przystąpiła do opowiadania swojej historii.

- Mam prośbę, aby posłuchał mnie pan przez tylko piętnaście sekund.

Odruchowo spojrzałem na zegarek, po czym kiwnąłem głową:

- Proszę mówić.

- No cóż.... Otóż kilka dni temu nadałam pocztą bardzo ważną przesyłkę. Niestety, nie dotarła do celu.

- Tak, rozumiem. – odparłem, choć nic z tego nie rozumiałem. Przestąpiłem z nogi na nogę. - Czy to ma coś wspólnego ze mną? Bo aktualnie jestem troszeczkę zajęty...

- Bo widzi pan… To nie jest zwykła sprawa.

- Ale czy musi pani dzisiaj…

- Tak – zawiesiła wyczekująco głos, po czym dodała: - Bardzo proszę mnie posłuchać.

Dziewczyna nie była chamska, jak wypaleni telefoniczni akwizytorzy, którzy stają się bardzo niegrzeczni usłyszawszy odmowę, lecz raczej zdeterminowana. Było w jej głosie coś, co mimo wszystko kazało mi nie odkładać słuchawki.

- Otóż chodzi o to, że była to bardzo w a ż n a przesyłka, która nie powinna trafić
w niczyje niepowołane ręce.

Piętnaście sekund minęło, a ja właściwie niczego się nie dowiedziałem. Zaczynałem tracić cierpliwość. Dzwoni do mnie nieznana kobieta i z miejsca, właściwie, obraża. Jakby odczytała te myśli, bo natychmiast zreflektowała się:

- Oczywiście proszę nie mieć urazy, jeśli to zabrzmiało niegrzecznie.

- Nie będę miał – zapewniłem ją. - To nie brzmiało niegrzecznie.

- Przechodząc do rzeczy: myślę, że pański list należy do mnie.

- Jak to?

Dziewczyna wyjaśniła, że jest asystentką Harukiego Murakamiego, sławnego pisarza, który przypadkiem nazywa się tak samo, jak ja. List zawierający najnowsze i nigdzie jeszcze niepublikowane opowiadanie, warte bardzo dużo pieniędzy, został omyłkowo wysłany pod nieistniejący adres. Doszła do tego wniosku dzisiaj rano, właśnie wtedy gdy dzwoniła. List wrócił, jak wyraziła swoje przypuszczenie, nie do tego Murakamiego, co trzeba.

Z kuchni dobiegło zapytanie Kiyomi:

- Nakarmiłeś Księżyca?

No tak, zupełnie zapomniałem. Dziś niedziela, więc zgodnie z obietnicą kot też jest na mojej głowie.

- Halo? Jest tam pan? - odezwał się głos z telefonu, wyrywając mnie z zamyślenia.

- Tak. Tak. Muszę nakarmić Księżyca. Przepraszam, ale chyba kiedy indziej dokończymy tę rozmowę. Mam zupełnie inne rzeczy na głowie.

- Co? Nie rozumiem.

Jej głos przybrał taką barwę, że niemal widziałem, jak dziewczyna na drugim końcu słuchawki podnosi brwi.

- Chodzi o kota – wyjaśniłem.

- Ale dlaczego nazywa się tak dziwnie?

- Księżyc? - tym razem to ja uniosłem brwi.

Po kilku latach tak bardzo przywykłem do jego imienia, że byłem zaskoczony takim pytaniem.

- Zaraz, zaraz – zastanowiłem się. To musiało być jakieś zdarzenie z przeszłości...

W tym momencie z kuchni dobiegło kolejne wezwanie. Kiyomi mówiła, żebym już kończył, ponieważ jest głodna. To oczywiście oznaczało, że powinienem natychmiast kończyć zarówno rozmowę, jak i rozważaniami o imieniu kota, bo inaczej będzie awantura. A potem wypominanie przez następne dni i odmawianie w łóżku. Zresztą miałem czasem wrażenie, że celowo wywołuje awantury, aby mieć pretekst do odmowy. W kluczowym momencie zawsze mogła powiedzieć, że jest nadal na mnie zła, albo zwyczajnie powołać się na któryś z licznego repertuaru powodów, od bólu głowy począwszy, a na złamanym paznokciu skończywszy. Ta myśl dodatkowo mnie przygnębiła.

- Niestety, naprawdę muszę kończyć.

- Obdzwoniłam wszystkich Harukich Murakamich w Tokio – ciągnęła, nieco unosząc ton. Wyczułem w nim ślad irytacji, pomieszanej z lękiem. - Pan jeden nie odpowiedział, czy dostał je w liście, czy też nie.

- Haruki? – dobiegło z pokoju.

- Proszę zadzwonić kiedy indziej. Do usłyszenia – oznajmiłem bezceremonialnie.

- Ale co z moją przesyłką? To bardzo pilne, bo… Ja mogę stracić przez to pracę!

Przez chwilę rozważałem wszystkie za i przeciw. Kiyomi i tak już była zdenerwowana, co z pewnością oznaczało nici z wieczornego seksu. Natomiast jeśli poświęcę kobiecie
z telefonu jeszcze tylko minutę, będę miał choć jeden problem z głowy.

- No dobrze... - rzekłem zrezygnowany. - Rzeczywiście, byłą jakaś dziwna przesyłka. Nie widziałem, co to jest. Proszę zaczekać, zaraz wrócę.

Gruba koperta zdążyła już zostać przykryta przez stertę gazet i ulotek tak, że wystawał jedynie mały fragment białej powierzchni. Wracając z nią do telefonu minąłem żonę, która świdrowała mnie każącym wzrokiem. Uniosłem na nowo słuchawkę i odczytałem napisy. Stwierdziłem, że to musiało być to, czego szuka. Powiedziałem o tym do słuchawki. Lekko drżącym z radości tonem dziewczyna zapowiedziała:

- Niedługo przyjadę po nią metrem. Postaram się być za trzy godziny.

Ta historia z pewnością skończyłaby się w zwyczajny sposób, gdyby nie to, że niebawem po tym telefonie, Kiyomi mamrocząc coś o tym, bym nie zbliżał się do niej wieczorem, pojechała na zakupy.

Jakiś czas potem zadzwoniła z budki. Była zapłakana i oświadczyła, że miała stłuczkę. Niewielką, ale dwoje drzwi od strony pasażera będzie do wymiany. Pięknie, jeszcze go nie spłaciliśmy, pomyślałem zakładając bluzę.

Gdy przekraczałem próg, ona już czekała. Ręka pani z wydawnictwa właśnie miała nacisnąć dzwonek. Była szczupłą, niespecjalnie ładną, około dwudziestopięciolatką. Czarne włosy upięte w krótki ogon z tyłu obłej głowy, ciemna garsonka z dobrego sklepu. Nieco zbyt grube uda. Czegoś jej brakowało jako kobiecie, ale nie wiedziałem czego.

- Witam pana, to ja – uśmiechnęła się niepewnie, choć dość szeroko, tak jakby to, co powiedziała, wystarczyło za prezentację. A przecież mogła być kimkolwiek. - Mam prezent dla Księżyca – uniosła na wysokość oczu szeroko reklamowaną ostatnio karmę.

- Niestety, nie mogę teraz – odparłem, ostentacyjnie wkładając klucz do zamka
z zewnętrznej strony. - Żona potrzebuje pilnej pomocy. Miała stłuczkę i muszę natychmiast...

Nie miałem czasu wyjaśniać, że nie jest jeszcze moją żoną. Nie chciałem nikogo okłamywać, ale taki sposób wydawał mi się najszybszym wytłumaczeniem. Ku mojemu zaskoczeniu, dziewczyna wydawała się być przygotowana na podobną ewentualność.

- No dobrze. Ile pan za to chce? – powiedziała, jakby stawiała kropkę.

Otworzyła torebkę i zaczęła czegoś szukać w niej dłonią. Dopiero teraz zauważyłem, że była zielona i miała dosyć nietypowy kształt rybiego oka.

- Ależ NIE chodzi o pieniądze.

- Pewnie – niemal syknęła opuszczając ręce. - Bo chce pan przywłaszczyć sobie to opowiadanie!

Byłem tak zły za to pozbawione podstaw oskarżenie, że nawet nie umówiłem się na kolejne spotkanie, aby zamknąć tę sprawę. Tylko spojrzałem na nią dziwnie i poszedłem swoją drogą.

Wróciliśmy dopiero wieczorem. Samochód został odholowany, a koszty naprawy miały pochłonąć wszystkie nasze nadwyżki finansowe. Do tego Kiyomi otrzymała mandat. Gdy poszła wziąć prysznic, ja opadłem na fotel i na chwilę zamknąłem oczy.

Po, jak mi się wydawało, chwili, usłyszałem dzwonek do drzwi. Poszedłem otworzyć. Stał w nich bardzo szczupły mężczyzna o zapadniętych policzkach. Podniesiony kołnierz niezręcznie zasłaniał tatuaż ośmiornicy na szyi. Jego ściągnięte usta wskazywały, że w napięciu lub z przyzwyczajenia zaciska zęby. Na wskazującym palcu lewej ręki zauważyłem niewielki sygnet koloru krwi. Zawierał jakąś krótką, choć zupełnie dla mnie niezrozumiałą inskrypcję, chyba po łacinie. Na jego twarz spojrzałem tylko przez chwilę, i to wystarczyło, abym poczuł klęk. Nie znałem jego powodu. Dopiero później uświadomiłem sobie, że źrenice tego człowieka były dziwne. Właściwie całe oczy były dziwne. Czarne jak węgle, jakby nie miały białek. Ale to przecież niemożliwe.

Mężczyzna przedstawił się suchym głosem, choć nie byłem w stanie zapamiętać jego nazwiska. Od razu zażądał niezwłocznego wydania maszynopisu. Powiedziałem mu, że była już po niego dziewczyna, ale nie domówiliśmy się. Nie wiedziałem, że ma przyjść ktoś inny. Przybysz nie dał się zbyć i zapowiedział, że będzie czekał, dopóki nie oddam listu.

- Dobrze – zgodziłem się, chcąc ostatecznie zakończyć ten koszmar.

Wróciłem do środka. Przechodząc obok fotela mimowolnie znów na nim usiadłem, walcząc z gonitwą zmęczonych, chaotycznych myśli. Ponownie zamknąłem oczy i roztarłem dłońmi twarz. Gdy je otworzyłem, już się obudziłem. Kiyomi wyszła spod prysznica.

 

 

Jakiś czas później, chyba po upływie dwóch, może trzech dni, które przez pracę w nocy często zlewały mi się w jedno, zobaczyłem swoją podobiznę w telewizji. Akurat smażyłem jajecznicę. Dodałem odrobinę bekonu i gdy się zarumienił, wlałem jajka na wcześniej podsmażoną, bardzo drobno posiekaną cebulkę. Po kuchni rozszedł się dość intensywny zapach. Postanowiłem zjeść przy włączonym odbiorniku.

Na ekranie widoczny był mój portret pamięciowy. Zapłakana dziewczyna, która niedawno chciała odebrać ode mnie maszynopis, właścicielka zirytowanego telefonicznego głosu, stojąc obok swojego szefa o bardzo srogim obliczu (to kim jest, wynikało z napisów towarzyszących relacji) mówiła dziennikarce, że skradziono niezwykle ceny maszynopis Murakamiego. Zadrżałem na myśl o ciągle zamkniętej kopercie, która znowu okryła się sporą już kołdrą innych papierzysk.

- Jaki przebieg miała kradzież? - dociekała reporterka.

- To było tak gwałtowne... Nie opamiętam zbyt dobrze – łgała dziewczyna.

W chwilę później stacja przeszła do kolejnych wiadomości. Wyłączyłem telewizor
i starałem się zebrać myśli. Na wykonanym ołówkiem rysunku bezbłędnie rozpoznałem siebie, co oznaczało, że na pewno chodzi o mnie. Dziewczyna musiała być bardzo spostrzegawcza. Choć może niekoniecznie, bo przecież miałem dosyć pospolitą, niczym nie wyróżniającą się twarz, łatwą do zapamiętania. Kiyomi wielokrotnie mi o tym mówiła. Codziennie mijałem dziesiątki podobnych do mnie, krótko obciętych brunetów bez żadnych cech szczególnych.

Przede wszystkim jednak, doszło do wielkiego nieporozumienia. Przecież nie było tak, że nie chciałem oddać jej tej koperty. A już na pewno nie byłem złodziejem. Zresztą, czy
w środku na pewno jest to, o czym ona mówi? I czy mogłem tak naprawdę wiedzieć, że kobieta z wydawnictwa była tym, za kogo się podaje i list w jej rękach będzie bezpieczny?

Gdy Kiyomi wróciła z pracy, wszystko jej opowiedziałem.

- Sądzę, że ta dziewczyna próbuje się ratować w oczach swojego pracodawcy i dlatego wymyśliła ten cały cyrk z kradzieżą – zakończyłem relację. - Poza tym myślę, że będzie mnie szukać policja. Ktoś z nich musiał przecież sporządzić portret pamięciowy.

- To gdzie masz ten list? – zapytała Kiyomi, patrząc z wielkimi oczami zaciekawionego dziecka i małym zbłąkanym uśmieszkiem psotnicy. Nic nie odpowiedziałem, domyślając się, co chce teraz zrobić.

Wstała i zaczęła go szukać. W jednej chwili ogarnęło mnie przerażenie. Moja przyszła żona miała sporo energii, a jej nadmiar czasem powodował, że robiła pewne rzeczy szybciej, niż zdążała przemyśleć ich konsekwencje. To mogło przysporzyć tylko nowych kłopotów. Czytanie cudzej korespondencji to przecież naruszenie prywatności.

- Co chcesz zrobić?

- J a k  to co? – zapytała tak, jak gdyby wszystko było zupełnie oczywiste od pierwszej chwili. - Otwórzmy go! Jeśli masz pójść do więzienia, to chociaż powinieneś wiedzieć za co.

Jej plany, od których na plecach przechodziły mi ciarki, pokrzyżowało głośne, bardzo stanowcze pukanie i następujące po nim wezwanie do otwarcia drzwi. Natychmiast spojrzałem w tamtą stronę i dostrzegłem przez okno, że przed domem miga światło radiowozu.

Nim się obejrzałem, w towarzystwie policjanta upłynęła cała godzina. W wyobraźni spodziewałem się kilku osiłków, którzy rzucają mnie na ziemię i krępują kajdankami, po czym wyprowadzają z domu na oczach przerażonych sąsiadów i reporterskich fleszy. Tymczasem złożyłem zeznania przy kuchennym stole i oddałem tę koszmarną kopertę. Zrobiłem to z cichą nadzieją, że tamta dziewczyna odpowie za swoje grzechy w tym i każdym przyszłym życiu. Po wyjściu mundurowego usiadłem na taborecie, mimo wszystko cały roztrzęsiony. Patrzyłem
w jakiś nieokreślony punt w przestrzeni, które wydawała mi się coraz bardziej rozmazana.

- Teraz nigdy się nie dowiemy, co tam naprawdę było w środku – rzekła Kiyomi
z nieukrywanym żalem.

 

 

 

Następnego wieczora w „Peter Cat” odbył się cudowny koncert jazzowy, który przyciągnął prawdziwe jak na ten lokal tłumy. Impreza, a w szczególności sprzątanie po niej, trwała do rana. Wracałem do domu naprawdę bardzo zmęczony. W takich chwilach nie miałem ochoty z nikim rozmawiać i jedyne o czym marzyło moje obolałe ciało, to miękkie łóżko. Jednak tuż przed moją furtką drogę zastąpiła mi dość korpulentna kobieta, na pierwszy rzut oka po sześćdziesiątce.

- Przepraszam panią – powiedziałem słabo, próbując ją ominąć.

Ta jednak nie ustąpiła. Wręcz przeciwnie, chwyciła mnie ciepło za rękę. Otworzyła szeroko usta i zapytała:

- To pana widziałam w telewizji?

- Nie wiem, być może – odparłem zbity z tropu. Skąd mogłem wiedzieć, czy to mnie widziała. W telewizji pokazują wielu ludzi.

- W telewizji pokazują wielu ludzi – powiedziałem jej.

- Chciałabym panu coś podarować. Proszę zaczekać.

Nie miałem pojęcia dokąd poszła, ani jak długo mam czekać. Jednak za chwilę –
a zrobiła to naprawdę, jak na swój wiek błyskawicznie - wróciła z kaktusem w doniczce. Dopiero wówczas przypomniałem sobie, że prowadzi kwiaciarnię w pobliżu. W ciągu ostatnich paru lat kilka razy kupowałem u niej róże z okazji urodzin narzeczonej. Kiyomi też pewnie
u niej kupowała. Zawsze gdy tam bywałem, w środku grał telewizor. Nigdy nie widziałem tam specjalnego ruchu, więc pewnie oglądała go całymi dniami dla zabicia nudy.

- Sama nie wiem, czy to będzie stosowne… - rzekła z niepewnym uśmiechem
i wyciągnęła ręce z doniczką w moją stronę, celując mniej więcej na wysokość brzucha.

- Ależ… – mimowolnie wyciągnąłem ręce po doniczkę. – Dziękuję. Jest naprawdę ładny...

Kobieta uśmiechnęła się, wyraźnie zadowolona z siebie. Pomachała mi nawet na pożegnanie.

- Wiesz co? – zwróciłem się do Kiyomi zaraz po wejściu do domu. Siedziała nieopodal na sofie i czytała jakieś kolorowe pismo. Ponieważ nie odpowiedziała, a ja chciałem jak najszybciej się wygadać, ciągnąłem: - Zupełnie obca kobieta zastąpiła mi drogę i wręczyła podarunek – powiedziałem, zdejmując buty. Byłem skonfundowany. – Zrobiła to tylko dlatego, że widziała mnie w telewizji. Wyobrażasz sobie?

- Naprawdę? – postać mojej narzeczonej poruszyła się wyraźnie zaciekawiona. – A co ci dała?

 

 

 

Zupełnie nie rozumiem, dlaczego akurat dzisiaj mi się to wszystko przypomniało. Może dlatego, że otrzymaliśmy zaproszenie na ślub znajomych? Czytałem je właśnie na ganku przed domem i tak jak wtedy, rozmyślałem nad listą, tym razem nie swoich, gości. Było wtedy ciepło, tak jak dziś, a ptak znów wyśpiewywał swoją pieśń. Jedynym, co różniło to popołudnie od tamtego, był brak kota, który zniknął kilka dni temu. Martwiłem się o niego.

Gdy tak siedziałem, do skrzynki stojącej na skraju trawnika, dokładnie tak jak wtedy, podszedł listonosz. Zwyczajnym sobie szybkim ruchem sięgnął do torby i wyciągnął z wnętrza dość grubą kopertę. Przyjrzał mi się, jakby szukał w mojej twarzy jakiegoś rodzaju aprobaty, po czym mrugnął jednym okiem i upchnął przesyłkę wewnątrz. Natychmiast podniosłem się
z miejsca.

- Czy pan mrugnął?

- Ja? Nie. Zdawało się panu – odparł z niezmąconym spokojem. Takim samym jak zawsze.

Nagle przez dziurę w płocie przelazł kot i otarł się o nogawkę moich spodni, zadzierając wysoko ogon. Był cały oblepiony brudem, ale wydawał się zdrowy i w dobrym humorze.

- O, Księżyc! – ucieszyłem się.

Listonosz już miał się oddalić, lecz gdy to usłyszał, przystanął.

- Proszę mi powiedzieć…

- Tak?

Spojrzałem w jego kierunku. Tymczasem kot zagnieździł się już na moich rękach.

- Dlaczego on tak dziwnie się nazywa?

- Księżyc? Zaraz, zaraz - pogłaskałem go czule po łebku. – To musiało być jakieś zdarzenie z przeszłości...


 


 

Autor: Gość


Ostatnie patronaty
Popularne Tagi

Najaktywniejsi użytkownicy w tym miesiącu:

dona - 1621 ptk.
Szczypta-Kasi - 500 ptk.
Upadły czy Anioł - 426 ptk.
Rewolwerowiec - 423 ptk.
ambros - 382 ptk.

zobacz pełny ranking

22300 książek
nasz cel: 30 000, do dodania pozostało 7700

2800 adaptacji
nasz cel: 3 000, do dodania pozostało 200

3568 autorów ze zdjęciami
nasz cel: 4 000, do dodania pozostało 432

Losowy cytat

"Ambicja, chciwość, zawiść często bywają powodem wojen. Chcemy mieć coś, co mają inni, więc siłą im to odbieramy. Kojarzy mi się to z wojną."


Nora Roberts

Psychoza i śmierć
BookHunter.pl
O nas
Nasze logo
Punktacja
Do pobrania
Kontakt
Przyłącz się!
Zespół
Kogo szukamy?
Partnerzy
Wspólne cele
Dla wydawnictw
Współpraca
recenzencka

Patronat medialny
o BookHunter
Copyright © 2015 - 2017 by BookHunter.pl
O nas | Zbieraj punkty | Zespół | Regulamin | Kontakt